niedziela, 23 czerwca 2013

Rozdział 43

43. Nie ma to, jak przepaść bez wieści i wrócić z najważniejszym rozdziałem ;) Prawdę mówiąc nie sądziłam, że w ogóle uda mi się zakończyć to opowiadanie, ale wróciłam i już wiem, że zostanie ono skończone. Tak, jak każde inne. Miłej lektury!


Wybuchy, huki i brzęk żelaza towarzyszyły Octavii przez całą drogę. Stoczyła walkę z każdym, kto rozpoznał w niej córkę Titresa, więc gdy dotarła do centrum, była już wycieńczona. Spokojne, opanowane megalny, które znała, zostały zastąpione przez rozwścieczone stworzenia, za wszelką cenę broniące swojego skarbu.
Octavia wrzasnęła z przerażenia i od razu zamachnęła się mieczem, gdy ktoś złapał ją za ramię. Na szczęście w porę powstrzymała się od ciosu, bowiem stała twarzą w twarz z Vaillem.
 - Jesteś ranna - powiedział, uprzednio oceniwszy ją spojrzeniem.  - Możesz walczyć?
 - Mogę. Muszę. - Odpowiedziała.
 - A twoja misja? Czy Titres...
 - Żyje. Jest w Akademii, wszystko poszło dobrze. Ale teraz trzeba skupić się na tej przeklętej Perle! - rozejrzała się nerwowo. Tutaj również dotarła zaciekła walka i trzeba było jak najszybciej podjąć działania.  W przeciwnym razie cały jej trud na nic.
 - Posłuchaj - rzekł Vaill, nachyliwszy się nad nią.  - Nasi mistrzowie są zajęci walką, zostaliśmy tu sami, dlatego musisz mi pomóc. A najlepiej pomożesz mi, kiedy będziesz bez wahania wykonywać moje polecenia, jasne? - spytał, choć wiedział, że w przypadku tej konkretnej osoby to polecenie jest co najmniej niewykonalne.
 - Jeśli każesz mi uciekać, nie zrobię tego.
  - Wiem... - westchnął zrezygnowany. - Dlatego pozwól mi przynajmniej zaplanować, co będziemy robić. Perła jest umieszczona w świętym sanktuarium, ale na czas wojny została przeniesiona do podziemnych korytarzy. Jeden z meglanów powiedział mi, że istnieje sposób na to, by Mauvias nie mógł jej zabrać, ale żeby się to udało, musimy działać szybko.
 - Mów! - pospieszyła go, widząc nadciągającą armię Mauviasa.
 - Perła zwykle umieszczona jest na postumencie pośrodku sali, tam o północy, podczas dzisiejszego święta, osiąga pełnię swojej mocy, dlatego gdy znajdzie się tam w odpowiednim czasie, jej siła tylko meglanom pozwoli na zbliżenie się do niej. Zakładam, że Mauvias będzie wciąż walczył, a ty, jako jedyna masz w sobie krew meglanów, dlatego otrzymasz wsparcie Perły. Możesz wygrać, jeśli będziesz walczyć uczciwie.  - Octavia poczuła, jak strach zaciska się wewnątrz niej, jak wielki wąż. Już walczyła z Mauviasem i wiedziała, jak potężnym jest przeciwnikiem. Tymczasem ona sama była osłabiona, ranna, wykończona walką i swoją misją. Nawet ze wsparciem bogów niemożliwe było, by zwyciężyła.
 - Jak mniemam, jest to najbardziej patetyczne, epickie i dramatyczne wyjście? Jedyne z możliwych?
  - Tak - odparł smutno mistrz. - Musimy znaleźć Perłę, zanim zrobi to Mauvias.
 - Więc chodźmy. - Biegiem ruszyli do sanktuarium wciąż unikając walących się gruzów i śmigających nad ich głowami ostrz. Zniszczenia były ogromne - kraina właściwie w ogóle nie przypominała już samej siebie.
 Wejście do podziemnych korytarzy znajdowało się za kaplicą meglanów i miało postać wąskiej, skalnej dziury, przez którą trzeba było się przecisnąć. Dalej prowadził ciemny, cuchnący wilgocią korytarz, oświetlony tylko prawie wypalonymi pochodniami, których światło dawało tyle, co światło zwykłej świeczki.
 - Umieścić swoją najcenniejszą relikwię w takim miejscu - czy to nie świętokradztwo? - prychnęła Octavia, z lękiem oglądając się za sobą.
 - Nie ma znaczenia wygląd ani stan miejsca. Rozjerzyj się - tutaj nie ma szans na walkę, jest za mało miejsca.
 - Racja... - przyznała. Była już za bardzo zmęczona, by myśleć. - Wiesz, gdzie dokładnie jest ukryta?
 - Nie. Meglan powiedział mi tylko, że mam szukać w podziemiach.
 - Więc szukajmy - powiedziała. Nie chciała teraz rozmawiać. Jej myśli były zajęte tatą, mamą, Alanem, Felixem... Miała wielką nadzieję, że gdy wróci z wojny, oni wciąż będą cali i zdrowi, że zobaczą się i wszyscy razem będą żyli jeszcze długie lata.
Szli długo, a końca okropnego tunelu nie było widać. Po  drodze napotkali rozgałęzienia pełne szczurów i innych obrzydlistw, ale korytarze te były na szczęście krótkie, więc szybko się je sprawdzało. Tu i ówdzie w ścianach znajdowały się małe cele, do których każdy zdrowy na umyśle człowiek wolałby nie wchodzić.
Wkrótce jednak dotarli do miejsca, w którym nie było już nic prócz niskich drzwi wykonanych z brązu.
  - To musi być tutaj  - rzekł Vaill. Drzwi były zamknięte i trzeba było je otworzyć mieczem. Wtedy ustąpiły i... rzeczywiście. Na skalnym wgłębieniu w nisko sklepionej sali, w drewnianej, ozdobnej szkatule spoczywała ona - wielka, piękna perła, jaśniejąca magicznym blaskiem. Moc bijąca od niej wprawiała Octavię w autentyczny zachwyt. Wszystko, co meglany w niej zamknęły, sprawiało, że czuło się w niej całą gamę uczuć, całą paletę barw i dźwięków, to wszystko wchłaniało się własnym ciałem, tym się oddychało, tym się żyło.
 - To niesamowite... - wyszeptała. Naraz porzuciła myśli o tym, że nie wygra z Mauviasem. Jeśli ta wspaniała moc miała dodawać jej sił, to była pewna, że zwycięży. Poczuła, jak ogarnia ją spokój i miłe opanowanie. Była w pełni skoncentrowana, pewna siebie i zrównoważona. Nawet fizyczne zmęczenie ustąpiło. Teraz wiedziała, dlaczego meglany mogły w pełni się rozwijać i dlaczego miały tak wielkie możliwości. Działanie Perły było niesamowite.
Wtem chwilę błogości przerwał głośny huk, za ich plecami. Słuchać było głosy i uderzanie o siebie mieczy. A więc wojna dotarła i tutaj...
 - Znaleźć ich! - usłyszała przerażający głos Mauviasa, drżący od bólu, który mu sprawiła, odcinając dłoń. Teraz miał tylko jedną, by walczyć, za to wspierało go mnóstwo jego żołnierzy.
 - Gdy tu dotrą - mówił szybko Vaill - wpuszczę tylko Mauviasa. Potem zamknę drzwi i przyprę mieczem, ale wtedy nie będę mógł ci pomóc. Musisz jak najszybciej zdobyć szkatułę i biec ile sił w nogach. Do północy zostało już naprawdę niewiele czasu. Pamiętaj, że gdy usłyszysz dzwon, perła musi być na swoim miejscu!
Głosy zbliżały się, a spokój Octavii, którego przed chwilą doświadczyła, zdążył już zniknąć. Spojrzała na Vailla, mając złe przeczucia.
 - Uważaj na siebie - poprosiła. 
 - Ty też  bądź ostrożna - odrzekł i ustawił się tuż przy ścianie tak, by nie było go widać. Krzyki dochodzące z zewnątrz narastały. Octavia dostrzegła już Mauviasa pędzącego ku niej wściekle, a zanim kilku jego ludzi. Gdy Mauvias tylko przekroczył próg, Vaill zatrzasnął drzwi i z wielkim trudem wepchnął za klamki miecz.
 - Zniszczyłaś wszystko! - zawył z furią Mauvias i od razu ruszył do ataku. Dziewczyna w porę przygotowała miecz, choć teraz mogła tylko odpierać ataki. Mauvias, mimo, że walczył jedną ręką, wciąż pozostawał najlepszym wojownikiem, jakiego spotkała na swojej drodze. - Zapłacisz mi za wszystko!
  - Po moim trupie - syknęła napierając na niego z całą mocą, tak, by znalazł się jak najbliżej ściany. Nie zdążyła jednak uchronić się przed ostrzem, które rozcięło jej nogę od uda aż po kostkę. Wrzasnęła z bólu. Nogi zaczęły jej drżeć, a przecież wciąż musiała walczyć.
 - Nie żyjesz, rozumiesz?! Już nie żyjesz! - krzyczał Mauvias, zanosząc się szaleńczym śmiechem. Octavii było coraz trudniej. Był moment, w którym myślała, że już po niej. Gdyby Vaill nie utrzymywał drzwi własnym ciałem, a reszta przeciwników wpadłaby do tak małego pomieszczenia, nie miałaby szans na przeżycie. Walka trwała. Raniła Mauviasa kilka razy, ale sama stawała się coraz słabsza - z długiego rozcięcia wyciekało coraz więcej krwi i chyba tylko cud pozwalał jej jeszcze walczyć.
- Nic nie zdziałasz, Mauvias! Twój najważniejszy więzień uciekł, najwierniejszy sługa cię zdradził, a twoja armia już przegrywa! Co ci jeszcze zostało?
 - Zemsta - wysyczał, przeszywając ją morderczym spojrzeniem. - Zginiesz, choćbym i ja sam miał stracić życie - mówił, nie spuszczając z niej wzroku. Potem znów ruszył do szaleńczego ataku, tak szybkiego, że wręcz nie do odparcia. I wtedy znów skorzystał ze swojej strategii. Chciał skupić jej uwagę na czymś innym - zaatakował więc Vailla, tak, jak uprzednio Maala. Mistrz, którego miecz tkwił w drzwiach nie miał jak się bronić, jedynie uciekał, jednak nie mogło to trwać długo.
 - NIE WAŻ SIĘ GO TKNĄĆ! - krzyknęła, wymieniając serię szybkich cięć z Mauviasem, ale ten był silniejszy i szybszy. Musiała więc stanąć między Vaillem a Mauviasem, lecz zanim zdążyła to zrobić, Mauvias przerzucił ostrzę nad jej głową i pchnął je prosto w pierś Vailla.
- NIE! - rozpaczliwy krzyk dziewczyny niósł się głośnym echem w całym sanktuarium. Przez chwilę nie mogła uwierzyć w to, co się stało. Dopiero gdy do tej pory utkwiony w nią wzrok Vailla zgasł, uświadomiła sobie, że to już koniec. Jej nauczyciel, człowiek, który w rok nauczył ją więcej, niż ktokolwiek inny, nie żyje. Był dla niej przez ten czas, jak ojciec, jak anioł stróż. A teraz leży martwy, zabity ręką Mauviasa. Właśnie ta myśl spowodowała, że rzuciła wszystko na szalę - żyć albo umrzeć. Dzika furia dodała jej sił, desperacja sprawiła, że nie odczuwała już strachu. Albo ona, albo on. Nawet Mauvias przeraził się, widząc, co się z nią dzieję. Nie było mu już tak łatwo walczyć, gdy ciosy były silniejsze, szybsze, jednoznacznie czyhające na śmierć.
 - Zdychaj! - wrzasnęła Octavia i... udało się. Przebiła potwora ostrzem na wylot. Trzymając w dłoni klingę miecza, który tkwił w jego ciele, patrzyła mu w oczy. - Zamieniłeś moje życie w piekło, a teraz ja cię do niego pośle - wysyczała, po czym szybkim ruchem wyciągnęła z niego miecz. Z ust potwora wyciekła krew, a on sam padł tuż obok Vailla na ziemię. Octavia odetchnęła z ulgą. Zabiła go. Już po wszystkim.
Uklęknęła obok ciała Vailla, mokra od krwi i potu, koszmarnie zmęczona i zdruzgotana. Podniosła jego ciało i przytuliła je do siebie. Z jej oczu pociekły gorące łzy, ani trochę nie zmywające bólu, jakiego właśnie doświadczała.
 - Nigdy cię nie zapomnę. I przyrzekam, że będę takim wojownikiem, jakim chciałeś, bym była, nauczycielu - mówiła, łkając. Był dla niej tak ważny... Nie chciała go wypuszczać z ramion. Zapomniała nawet o tym, że na zewnątrz wciąż trwa wojna, że aby dobra strona odniosła zwycięstwo, Perła musi znaleźć się o północy na swoim miejscu. Pierwsze uderzenie dzwonu natychmiast jej o tym przypomniało...

niedziela, 2 czerwca 2013

Informacji kilka

Po raz kolejny przepraszam za opóźnienia. Już tylko kilka rozdziałów do końca, więc mam nadzieję, że "wytrzymacie" jeszcze tydzień bez notki, ponieważ wyjeżdżam do Wilna i nie będę miała jak pisać. Z pewnością pomyślę jednak nad tym, jak pięknie zakończyć bloga, nad którym pracuję już od roku :) Btw - dzięki, że cały czas jesteście! 
Do zobaczenia za tydzień, Pauli

niedziela, 19 maja 2013

Rozdział 42

42. Rozdziały końcowe. Naprawdę nie chcę już rozciągać tego opowiadania, więc jak tylko wrócę z wycieczki (tj. piątek) napiszę resztę. Tymczasem macie bitwę ostateczną i Alana, na którego wiem, że część z Was czeka. Enjoy!


Wylądowali za niewielkim wzgórzem, a do ich uszu od razu dotarły huki, brzęki i wrzaski. Walka musiała tu osiągnąć apogeum, bo gdy Octavia wyjrzała zza skały, ledwo można było odróżnić jednych walczących od drugich. Miecze siekały wściekle w powietrzu, krew bryzgała we wszystkie strony i właściwie trudno było określić, która z armii ma przewagę. Dziewczyna poszukiwała wzrokiem Alana i Vailla, lecz na próżno.
 - Octavio! - syknął Millius, ciągnąć ją za rękę w dół. - Musisz być bardzo ostrożna. Masz swój miecz?
 - Oczywiście. Co mam robić?
 - Póki co - znaleźć rozsądne miejsce i czekać na odpowiedni moment. Posłańcy przynieśli właśnie Mauviasowi wieści, że więźniowie zniknęli z zamku. Trwają poszukiwania Perły, a dziś przypada święto Griphe, pamiętasz?  - Anioł patrzył na dziewczynę, po której nie dało się już poznać, czy jeszcze się boi, czy już tylko działa instynktownie.
 - Ta Perła... dzisiaj osiąga największą moc. Co Mauvias może z nią zrobić?
 - Wszystko, cokolwiek zechce. Perła usłucha dziś każdego życzenia, które popłynie z wielkiego umysłu, z potężnej siły.
 - Więc trzeba się śpieszyć. Myślę, że... - jej słowa utonęły w ogromnym huku, jakby eksplozji, która zasłała niebo  złotą łuną. Wrzaski i krzyki wzmogły się gwałtownie, jakby jakaś potężna borń zmiotła kilkaset osób z powierzchni ziemi. - Co to było?! - krzyknęła przerażona.
 - Wstawaj ! - odpowiedział Millius, który po raz pierwszy w życiu dał po sobie poznać strach. - Ktoś o bardzo potężnej mocy stara się naruszyć działanie Perły. Musimy iść!
 - Kto?! - spytała, przekrzykując tumult dźwięków. Wyciągnąwszy miecz, biegła za aniołem tak szybko, jak pozwalały jej na to obolałe nogi. Co chwila musiała uchylać się przed strzałą wycelowaną po mistrzowsku w środek jej czoła, co chwila padać na ziemię, by uchronić się przed czyimś mieczem. Nie było łatwo przejść nawet kilkuset metrów, a Millius wciąż ciągnął ją w nieznane. Kilka razy uratował jej życie, przyjmując na siebie ciosy, które, rzecz jasna, nic nie mogły mu zrobić. 
 - Tędy! - krzyknął, prowadząc ją przez zrujnowaną ulice. Meglany również walczyły, wydając z siebie przeciągłe, piskliwe dźwięki. Kilka z nich nawet jej się ukłoniło, rozpoznając w dziewczynie bohaterkę wojny. To wcale nie pomagało. Nie chciała czuć na sobie więcej presji. Wyrzuty sumienia wciąż spływały od czubka jej głowy aż po koniuszki palców u stóp - jak mogła powiedzieć Mauviasowi wszystko, co chciał? Dlaczego w tak ważnym momencie dała się ponieść emocjom, bardzo silnym, ale jednak niezwiązanym ze wszystkim, czeho ją uczono?
 - OCTAVIA! -nagle jej względny sposób runął. Doskonale rozpoznała ten głęboki, pełen odwagi głos. Głos należący do Alana. Odwróciła się, spuszczając wzrok z Milliusa i ujrzała swojego ukochanego. Był poraniony, przez połowę jego twarzy biegła krwawa szrama, dłonie i nogi też miał poranione. Mimo to podbiegł do niej ile sił w nogach, chwycił w ramiona i mocno, wręcz desperacko pocałował.
 - Nic ci nie jest? - spytała pierwsza.  - Tak się o ciebie bałam...
 - Co tu robisz, wariatko?! - wykrzyczał zaraz. - Umierałem ze strachu, myślałem, że już nie wrócisz. 
 - Jestem cała i zdrowa, tatę też sprowadziłam - rzekła z uśmiechem. 
 - Świetnie, a teraz wracaj do Akademii, natychmiast!
 - Nie mogę! Jestem tu z Milliusem i mam do wykonania jeszcze jedną misję. Poza tym nie zostawię cię tu samego. Muszę mieć pewność, że wrócisz ze mną. - Znów mocno się do niego przytuliła i choć odwzajemnił gest, czuł niepojętną wściekłość. Na nią. Na jej głupotę, brawurę i wieczny, nieustający upór.
 - Kochanie, błagam cię, wracaj do rodziców! - wysyczał, starając się wpłynąć na jej psychikę odpowiednim doborem słów.
 - Alan, posłuchaj. Mam tu coś jeszcze do zrobienia i nie mogę tego nikomu zlecić. Będę na siebie uważała, obiecuję.
 - To ma mnie uspokoić?! Wracaj do tej cholernej Akademii i nie waż się wyściubić z niej nosa!
 - Uważaj! - krzyknęła w ostatniej chwili, gdy czerwona smuga przeleciała tuż nad ich głowami i wylądowała ciężko na ziemi. Octavia i Alan natychmiast wyciągnęli miecze, gotowi do walki. Gdy jednak zobaczyli, z kim mają do czynienia, zbledli i poczuli na plecach bardzo nieprzyjemny dreszcz. Stał przed nimi sam Mauvias, rozwścieczony, pełen żądzy śmierci.
 - Zniszczyłaś wszystko, ty mała, plugawa dziwko! Zapłacisz mi za to! - ryknął potwór.
- Jeszcze nie wszystko. Wciąż nie zniszczyłam ciebie! - Nim cokolwiek zdążyło ją powstrzymać, przystąpiła do walki, a był to najcięższy bój, jaki w życiu stoczyła. Mistrz Zakonu Feupeliadów dysponował nie tylko doskonałą techniką, ale także ogromną siłą. Jego ciosy spadały na ostrze dziewczyny tak mocno, że niemal kruszyły żelazo. W amoku walki Octavia nie dostrzegła, że prócz Mauviasa pojawiła się wraz z nim jeszcze jedna postać. Taka, którą dobrze zapamiętała. Której zawdzięczała życie. Na ziemi leżał Maal, ledwo żyjący, choć wciąż z otwartymi oczami. Musiała jednak dostrzec szybki ruch, który wykonał Alan, nieświadom tożsamości przybysza - zamachnął się mieczem, chcąc dobić konającego.
 - Nie! - krzyknęła, ile sił w płucach. - Zostaw go! - Na szczęście refleks mistrza zadziałał błyskawicznie i miecz nie przebił ciała Maala. Wtedy Alan także ruszył do walki z Mauviasem, ale na nic zdała się jego pomoc. Mauvias walczył doskonale, był nie do pokonania. Tymczasem krainą Griphe wstrząsnęła kolejna eksplozja.
 - Słyszysz?! Perła już jest moja! - wysyczał Mauvias z obłąkańczym uśmiechem.
 - Po moim trupie!  - warknęła Octavia.
 - Da się zrobić - to mówiąc zamachnął się z całej siły i gdyby nie potężny kontratak Alana, już padłaby martwa.
Walka trwała i wszystko wskazywało na to, że jej koniec może wyznaczyć jedynie śmierć którejś ze stron. Mauvias zauważył, że Octavia się nie podda. Miał więc zamiar zmusić ją, by skoncentrowała się na czymś innym, niż walka. Nagle jego dzikie ataki ustały, a miecz powędrował w stronę Maala. Tego Octavia nie mogła znieść. Dług, jaki u niego zaciągnęła, po prostu zmusił ją do natychmiastowego działania. Tymczasem Alana oddzieliła od całej sytuacji pędząca na nich czerwona chmura - jeden przeciwnik więcej. Octavia musiała walczyć sam na sam z Mauviasem, o życie swoje i Maala. 
 - Myślisz, że zdołasz się odpłacić? Że uratujesz życie tego śmiecia? O nie, Conely, zdrajcy zawsze giną na wojnie. - Mówił, wymierzając wciąż tak samo potężne ciosy.
 - W takim razie powinieneś zginąć pierwszy - mówiła, z każdym słowem próbując wbić miecz w jego serce. Adrenalina i gniew dodawały jej siły i zdolności, to bardzo pomogło. Jednak zmęczony po niedawnych przejściach organizm musiał dać o sobie znać. Jej pole widzenia uległo zwężeniu, ruchy stały się mniej płynne i lżejsze, a więc było coraz ciężej walczyć.
Wreszcie sytuacja osiągnęła punkt krytyczny. Być albo nie być. Ostrza Octavii i Mauviasa spotkały się tuż przy ciele Maala.
 - Nie zabijesz go, sukinsynu! - wykrzyczała dziewczyna, tylko na moment odzyskując dość sił, by podnieść ostrze i wykonać jeden silny zamach. Sama nie spodziewała się, że uda jej się coś wywalczyć, ale dokonała tego. Jej miecz spotkał się wreszcie z ciałem Mauviasa, który zawył z bólu, gdy jego ręka od miecza spadła na ziemię. Gdy potwór wił się z bólu na ziemi, Octavia przyklękła obok Maala.
- Dasz radę uciec? Musisz, Maal, proszę - jęknęła błagalnie.
 - Muszę - powtórzył. Ostatkiem sił, a może już tylko dzięki instynktowi udało mu się podnieść.
 - Przenieś się do Akademii, tylko szybko! Tata na pewno wszystko wyjaśnił tamtejszym mistrzom.  No już! - Maal dotknął swojej piersi i wzbił się w powietrze jako czerwona chmura. Octavia rozejrzała się po polu bitwy - Mauvias wciąż nie odzyskał sił, a Alan i jego przeciwnik zniknęli. To była jedyna szansa, by dostać się wgłąb walki. Gdzieś, gdzie mogła znajdować się Perła. Być może ostatnia szansa do uratowania Perły przed ową dziwną siłą, o której mówił Millius. Bez chwili namysłu ruszyła do walki.

piątek, 3 maja 2013

Rozdział 41

41. Teraz to już naprawdę przegięłam z przerwą, wiem. Prawie miesiąc nie było notki i opowiadanie się niesamowicie rozwlekło, ale do końca jeszcze 4 rozdziały, więc mam nadzieję, że wytrzymacie ;) Pozdrawiam z deszczowego Wrocławia!

Biegli przez most, nie oglądając się za siebie. Czasu było naprawdę mało. Gdzieś tam, setki mil stąd już toczyła się wielka bitwa, a Octavia czuła się tam najbardziej potrzebna. Nigdy nie pogodziłaby się z faktem, że nie pomogła, że jej siła i zdolności nie przyczyniły się do zwycięstwa. To nie była pycha ani chęć bycia bohaterką, a potrzeba ciągłego działania w słusznej sprawie. To prawda, że po części kierowała nią także nienawiść do Mauviasa, ale czy to ma znaczenie? Tak czy inaczej nie mógł wygrać, to byłby koniec porządku w Galaktyce.
Wiman czekał na nich w tym miejscu, w którym go zostawiła.
 - Wsiadaj - poprosiła ojca i sama weszła za nim do pojazdu. Drzwi się zamknęły, a ona jak najszybciej zasiadła za sterami i zaczęła podnosić maszynę.
 - Masz jakiś konkretny plan? - spytał Titres, zajmując miejsce obok córki. Głos miał trochę roztrzęsiony, trochę ze zmęczenia, trochę z szoku. W ciągu tych kilkunastu lat przestał w ogóle wierzyć, że kiedykolwiek opuści Noisang...
 - Musimy dostać się do Akademii, tam się wszystkiego dowiem, a ty się ukryjesz - odpowiedziała, patrząc przed siebie. Wiedziała, że ojciec nie będzie chciał słyszeć o bezczynności.
 - Nic z tego. Postaram się o jakiś eliksir dodający sił i ruszam do boju.
 - Nie, tato. Żaden eliksir nic tutaj nie pomoże, jesteś wycieńczony i masz do tego święte prawo. Poza tym ani ja ani mama nie zniosłybyśmy, gdybyśmy straciły cię drugi raz, rozumiesz? - To ostatnie zdanie zdawało się trochę go przekonać. Nie odezwał się już na ten temat, ale po jego minie widać było wielkie niezadowolenie.
- Za to ty chcesz iść i narażać życie, tak?
- Tato, proszę... - jęknęła dziewczyna. 
 - Mama przeżyła równie wielki strach o ciebie, kiedy wyruszyłaś w podróż, by mnie ratować. A co, jeśli  tym razem coś ci się stanie? Król Bravius ma wielką armię, która świetnie poradzi sobie bez ciebie.
 - Masz rację. Ale ja mam powód, by iść i walczyć dalej.
- Octavio, tak nie można! -  Titres, pomimo tego, że całkowicie opadał z sił, postanowił kłócić się z córką tak długo, aż ta odpuści. Chciałby mieć pewność, że się nią nacieszy, że to nie są ich ostatnie chwile razem, ale jeśli dziewczyna chwyci za broń, takiej pewności zwyczajnie nie będzie mógł mieć.
 - Skończmy ten temat. Nie możesz się denerwować i przemęczać. Niedługo będziemy na miejscu - rzekła spokojnym głosem, by uciąć kłótnie. Ona też wolałaby, żeby to wszystko już się skończyło, ale wojny mają to do siebie, że mogą tylko rozpocząć się z woli człowieka, natomiast kończy je los.
Podróż trwała długo, ale nie dla Octavii i Titresa. Dla nich czas płynął błyskawicznie, popędzany przez strach i adrenalinę. Jednak w końcu wylądowali na dziedzińcu Akademii, co spotkało się z gromkim wiwatem i wrzaskiem straż i żołnierzy, którzy chronili najwyraźniej nieogarniętą jeszcze wojną Pense.  Mimo natłoku wrzasków i braw jeden krzyk, wciąż i wciąż powtarzający jej imię, rozpoznałaby wszędzie - mama. Octavia złapała ojca za rękę i powoli zaczęli schodzić po stopniach wimana. Wtedy Chantall, nie bacząc już na dobre obyczaje i setki wpatrzonych w nich oczu, wzięła w ramiona córkę i męża, tuląc ich i całując bez opamiętania. Łzy spływały po jej policzkach strumieniami, ale nigdy nie była jeszcze tak szczęśliwa.
 - Mój boże... jesteście cali, tak się cieszę! Tak się o was bałam, ale jesteście tu! - Słysząc ten drżący ze szczęścia głos, Octavia w jednej chwili zapomniała o bólu, o ranach i o tym, jak potwornie była zmęczona. Ta wielka radość, którą odczuwała, zaćmiła wszystko. Nareszcie byli razem i choć brakowało tu Artaxa, była pewna, że jej brat patrzy na nich z góry i uśmiecha się szeroko.
Była jednak jeszcze jedna osoba, z którą bardzo chciałaby się zobaczyć. Alan. W tej chwili na pewno toczył ciężki bój, bo jako jeden z najlepszych mistrzów został wysłany do najbardziej zagrożonych miejsc. Ta myśl przywróciła jej trzeźwe myślenie. Wymknęła się z objęć rodziców i popędziła do Akademii, gdzie, na szczęście, od razu wpadła na Audara. 
 - Octavia! -  mistrz omal nie powalił jej na łopatki, gdy rzucił się jej na szyję.  - Ty żyjesz! Nic ci nie jest? Jak twoja misja?
 - Wszystko w porządku, tata jest na zewnątrz, wycieńczony, ale szczęśliwy - odpowiedziała z uśmiechem.
 - Za to ty nie wyglądasz nawet na wycieńczoną - jesteś już prawdziwym cieniem człowieka. Jak najszybciej musi zobaczyć cię jakiś medyk...
 - Nie mam na to czasu. Właściwie chciałam cię zapytać, gdzie mogę się przydać. I... gdzie wysłano Alana.
 - Nic z tego! - mistrz pociągnął ją za rękę przez hol, wyraźnie chcąc zaprowadzić ją do pokoju. - Nikt nie pozwoliłby ci walczyć  w tym stanie.
 - Ale ja muszę, Audar, ja...
 - Nawet nie próbuj mnie przekonywać! Jesteś zmęczona, masz za sobą najcięższe dni w życiu, teraz i tak nie możesz im pomóc. A swoją drogą Alan na pewno by tego nie chciał.
 - Audar! - przerwała mu z naciskiem. - To JA powiedziałam Mauviasowi wszystko, co chciał wiedzieć! To przeze mnie on ma większe szanse na wygraną, nie mogę teraz siedzieć sobie tu spokojnie, podczas gdy inni narażają życie!
 - Powiedziałaś mu to, żeby ratować ojca, to naturalne.
 - Uratowałam ojca i podłamałam siłę naszych wojsk! Muszę coś zrobić! - wyrwała rękę z jego uścisku. Mistrz patrzył na nią ze zdumieniem - nigdy nie sądził, że można być aż tak upartym. Przez ostatnie dni codziennie mogła stracić życie, żyła w nieustającym strachu, walczyła o siebie i ojca, a mimo to nadal paliła się do boju. Tak postępować mógłby tylko ktoś o nazwisku Conely.
 - Twoi rodzice mnie zabiją, jeśli cię wypuszczę. Nie wspominając już o Alanie...
 - Więc mnie nie wypuszczaj. Wszyscy dobrze wiedzą, jak prezentuje się mój charakter i co sobie robię ze wszelkich zasad, jeśli mam przed sobą jakiś ważny cel. Nie musisz przecież wiedzieć jak i kiedy się stąd wydostałam.
 - To nie są żarty, sytuacja jest naprawdę poważna, Octavio... - wciąż próbował ją zniechęcić.
 - Powiedz mi tylko, gdzie jest Alan.
 - Myślę, że to nie jest do...
 - Mów! - krzyknęła, czując, że złości ją każda stracona sekunda.
 - Alana i Vailla wysłali na Griphe, choć początkowo mieli chronić Coidę. Tam jest teraz najgorzej. Jest tam Mauvias i jego gwardia, pchać się tam teraz, w środku walki, to samobójstwo! Zastanów się ad tym, co robisz, dziewczyno!
 - Wiem, co robię - powiedziała. Pobiegła tylko na górę po lecznicze maści i już miała zamiar biec z powrotem. Najpierw szybki powrót udaremnił jej Felix, padający jej w objęcia, gratulując i niedowierzając na przemian, potem dopadła ją Foris i dosłownie wmusiła w nią jedzenie i picie (na spanie Octavia kategorycznie nie wyraziła zgody), aż wreszcie Felix do spółki z Audarem znów próbowali jej przemówić do rozsądku.
 - Dlaczego zawsze musisz być taka uparta! - wrzasnął wreszcie Felix.  - Tutaj też w końcu dotrze armia Mauviasa, też będziesz mogła się wykazać.
 - Tu nie chodzi o żadne wykazanie się! - powtórzyła, kompletnie tracąc cierpliwość. - Muszę jak najszybciej powiadomić kogoś, co wie Mauvias. To im się na pewno przyda w ochronie Griphe.  Naprawdę nie zdajecie sobie sprawy, że jeśli Mauvias posiądzie siłę, o jakiej mówi Tajemnica Griphe, wszyscy jesteśmy skończeni?
  - Rozumiemy, bardzo dobrze rozumiemy, ale dlaczego to zawsze TY musisz pchać się na wrogie ostrza? Choć raz mnie posłuchaj! - jęknął błagalnie Felix.
 - Jeśli nikt z naszych nie dostanie szybko konkretnych informacji, nasze szanse spadną w końcu do zera. MAUVIAS-WIE-WIĘCEJ!
  -Moi drodzy!  - odezwał się za ich plecami spokojny głos. Millius wkroczył do holu Akademii i uścisnął im dłonie. - Bardzo dobrze się spisałaś, Octavio, twoja odwaga i zdolności godne są podziwu. Bardzo bym chciał, żebyś mogła teraz odpocząć, ale jest coś jeszcze, co musisz zrobić.
 - O czym mówisz? - spytała dziewczyna, mrużąc oczy.
 - Jest ktoś, kto będzie potrzebował twojej pomocy, a komu zawdzięczasz swoje życie.
 - Maal - wyszeptała, wnet przypominając sobie o tym, jak powiedział jej i ojcu przed Mostem, że jeszcze się spotkają.
 - Właśnie on. Więc, jeśli się zgodzisz, zabiorę cię stąd. Możesz być pewna, że zrobię wszystko, żeby cię ochronić. - To mówiąc podał jej rękę, którą pośpiesznie chwyciła, by nie tracić więcej czasu. Potem teleportowali się znów i kolejna ciężka próba właśnie się rozpoczęła.

piątek, 12 kwietnia 2013

Rozdział 40

 40. Po stosunkowo krótkiej przerwie powracam z nowym tekstem ;) Było angstowo i strasznie, więc czas na coś mniej ponurego. Jesteśmy bliżej końca niż dalej, jeśli chodzi o Tajemnicę Griphe, dlatego zrobiło mi się trochę przykro... :( Ale wiadomo - każdą historię trzeba doprowadzić do końca. Miłej lektury!


Nasłuchiwała pilnie, wytężając zmysły do granic możliwości, by wiedzieć, kiedy Mauvias wyruszy z pałacu na wojnę. Straciła poczucie czasu, choć bardzo chciała nad nim panować. Nie wiedziała, czy minął kwadrans, godzina, czy może cała doba. Gdy tylko większość głosów ucichła, a właściwie nastała zupełna cisza, przesycona strachem i oczekiwaniem, podeszła do wciąż słabego ojca.
 - Tato, chyba możemy iść - powiedziała Octavia, pomagając ojcu wstać. Mężczyzna syknął z bólu.
 - Jesteś pewna?
 - Nie, ale zrobiło się bardzo cicho. Myślę, że to nasza jedyna szansa. Wiesz, dokąd iść? - spytała, przyglądając się uważnie ojcu, który skinął głową.
 - Octavio... musisz zdawać sobie sprawę, że będę opóźniał ucieczkę. Jestem słaby i obolały, dlatego, jeśli będą nas ścigać, masz mnie natychmiast opuścić i ratować siebie, zrozumiałaś?
 - Tato, przestań! - warknęła. Właśnie tego się obawiała. - Musimy już iść!
- Nie! - Titres zatrzymał ją słabym uściskiem na ramieniu.  - Nie bądź nierozsądna. Nie musimy ginąć oboje, nie pozwolę ci na to. Zachowuj się, jak prawdziwa wojowniczka, tak, jak cię uczono. Jeśli będziesz musiała, masz mnie zostawić, zgoda? - Przez dłuższą chwilę wahała się nad odpowiedzią. Spojrzenie Titresa, które na niej spoczęło, nie było już czułe i ojcowskie, a twarde i nieustępliwe. Skinęła więc głową, nie ufając sobie w pełni.
- Ruszamy - zakomunikował Titres, więc drżącymi dłońmi otworzyła celę od zewnątrz. Chciała od razu zbiec po schodach w dół, choć jej także każdy ruch sprawiał ból, ale musiała pamiętać o tacie. Pomagała mu przestąpić każdy stopień, tak, by nic mu się nie stało, ale teraz była już w pełni świadoma, że jeśli będą się poruszać w tym tempie - nie uda im się uciec.
Mimo to ani Titres, ani Octavia nie poddawali się - schodzili wciąż w dół krętymi stopniami, starając się nie hałasować i mając nadzieję, że jakiś cud im dopomoże. I dopomógł. W kłopotach. U stóp schodów stało dwóch, wysokich na dwa metry strażników z długimi mieczami. Ich żółte ślepia jarzyły się pod kapturami i od razu wychwyciły zbiegów. Octavia, pozbawiona wszelkiej broni poza małym sztyletem ukrytym w cholewie buta, omal nie zachłysnęła się powietrzem na ich widok. Potwory już wyciągały po nią swoje szpony, gdy w ostatnim momencie wyrwała ze ściennego uchwytu płonącą pochodnię i, biorąc uprzednio rozmach, przyłożyła im nią w twarze. Strażnicy zawyli z bólu, starając się zgasić płonące kaptury. Natychmiast to wykorzystała, jednego z nich uderzając pochodnią w brzuch, drugiemu zaś łamiąc nogę kopnięciem. Zabrała im też dwa miecze, wtykając je sobie za pas.
 - Szybko! - krzyknęła do ojca i pociągnęła go za rękaw. Titres prowadził ją korytarzami i szedł najszybciej, jak umiał.
 - Pięknie ich załatwiłaś. Jestem pewien, że gdybyś miała miecz...
 - Już byliby martwi - dokończyła za niego, nie wierząc, że mogło pójść tak gładko. Tuż przed jednym z zakrętów usłyszała nerwowe warknięcia kilku innych strażników. Było ich jednak więcej i mało prawdopodobne było, by mogła dać im radę.
 - Idą tu - szepnął Conely, przylegając płasko do ściany.  - Jest ich za dużo!
 - Dlatego musimy znaleźć się w miejscu, w którym ich liczebność nie będzie miała znaczenia - wyszeptała jego córka, po czym pociągnęła go wąską wnękę, w której stała złota waza. Dziewczyna przewróciła ją, celowo hałasując. Strażnicy natychmiast ruszyli do ataku, a ona zasłoniła Titresa własnym ciałem. Jej pomysł okazał się bardzo trafny - sześć rosłych potworów nie mogło się przecież wedrzeć do tak małej powierzchni, za to dla jednej dziewczyny była to wystarczająca przestrzeń do szybkich cięć i pchnięć mieczem. Nie wykonywała wszystkich ruchów tak skutecznie, jakby chciała, ale klinga miecza była zwyczajnie za duża, niedopasowana do jej dłoni, co bardzo utrudniało walkę. Sytuacja skomplikowała się, gdy jedyny ocalały strażnik wyciągnął ją za włosy z wnęki i walka przeniosła się na szeroki korytarz.
 - Octavio! - Titres był przerażony, widząc, jak ręce jego córki drżą pod stukilowym naciskiem miecza strażnika, spadającym na jej miecz. Dziewczyna dzielnie wytrwała, jednak to nie koniec. Kilka razy próbowała ściąć mu łeb, gdy próbował uniknąć jej ostrza, schylając się, ale był szybszy i ostatnim razem podciął jej nogi kopnięciem. Octavia upadła na twarz i chyba tylko cud pozwolił jej w ostatniej chwili przetoczyć się na bok, dzięki czemu uniknęła ciosu dosłownie o włos.
 - Tato, NIE! - zawyła, widząc, jak Titres ciągnie strażnika za czarny płaszcz z wielką siłą, jak na tak wycieńczony organizm. Conely, jako znakomity wojownik wiedział, co robi, bo choć potwór chciał go powalić jednym ciosem, to dało czas Octavii na błyskawiczne powstanie i wbicie mu długiego ostrza pod łopatkę. Miecz przebił napastnika na wylot, więc padł martwy na ziemię.
 - Uratowałeś mi życie - stwierdziła Octavia, zdumiona, skąd w nim tyle siły.
  - I tak nie zdołam ci się odwdzięczyć, za twoje poświęcenie. A teraz prędko, naprzód!  - Octavia miała wrażenie, że od tego czasu jej ojciec szedł szybciej, choć tempo nadal pozostawało wiele do życzenia. 
 - To drzwi do jego komnat - powiedział, starając się otworzyć zaryglowane, dębowe wrota.
 - Ja to zrobię, odsuń się - poprosiła dziewczyna. Kilka uderzeń mieczem w zamek sprawiło, że ten ustąpił. Weszli do środka, zamykając je za sobą. - Dokąd teraz?
 - Wyjście jest... - zaczął Titres, jednak nie zdążył dokończyć. Ktoś musiał zostać zaalarmowany o ich ucieczce, bo oto do prywatncyh komnat wpadło co najmniej dwudziestu strażników, wymachując mieczami. Nie było żadnych szans, by Octavia sobie z nimi poradziła, nawet gdyby miała wyjątkowe szczęście. Sytuacja przedstawiała się tym gorzej, że za plecami mieli wielkie, otwarte okno, a znajdowali się prawie piędziesiąt metrów nad ziemią.
- Tato... - pisnęła cichutko, czując przerażenie tak ogromne, że w mgnieniu oka znów stałą się małą, bezbronną dziewczynką. Ojciec złapał jej rękę naprawdę mocno. Nie mógł wydusić z siebie słowa. A więc to koniec? To tutaj zginą? To wszystko...na darmo? Stali już przy samym oknie, wręcz czuli na plecach gorące podmuchy wiatru niosącego ciepło wybuchającej zewsząd lawy i nagle... chmura czerwonego dymu wpadła do środka z prędkością bomby atomowej, wypychając Octavię i jej ojca na zewnątrz. Przez chwilę spadali z niewyobrażalną prędkością w dół, by po chwili wzbić się w powietrze jeszcze szybciej. Octavia, przerażona do ostatnich granic, miała ochotę potrząsnąć swoim ojcem, który śmiał się, jakby właśnie doświadczył cudu.
 - Co... - zdołała z siebie wykrztusić z mieszaniną zdziwienia i strachu, i dopiero wtedy zdała sobie sprawę, że w pasie oplata ją potężna ręka, zakończona szponami. Znała ten uścisk bardzo dobrze i była pewna, że zapamięta go do końca życia - był to bowiem uścisk potwora, który porwał ją kiedyś z ćwiczeń. Uścisk Maala.
Wydawało jej się, że zwariowała, że nie można przecież czuć euforii, rozpaczy, zmęczenia, energii, strachu i ulgi jednocześnie, a ona to właśnie czuła. Nawet prędkość, z jaką przemierzali przestworza, nie była w stanie wywiać z jej głowy wszystkich myśli. Ani przez chwilę, gdy była w celi, nie miała w sobie tyle naiwnej zuchwałości, by pomyśleć, że może ich spotkać tak niespotykane wybawienie, a oto właśnie frunęła w ramionach najbardziej oddanego strażnika Mauviasa.
Jakiś czas później boleśnie wylądowali na jakiejś skale. Octavia od razu podniosła się i pomogła wstać swemu ojcu. Maal stał niedaleko i zerkał na nich nerwowo.
 - On cię zabije - powiedział Titres, patrząc na niego.
- Ucieknę.
 - Ucieknij z nami! - krzyknęła błagalnie Octavia. - Uratowałeś nam życie, nie wydamy cię, damy ci schronienie, przysięgam!
 - Nie dacie rady mnie przed nim ochronić. Muszę przy nim zostać jak najdłużej, żeby nie zorientował się, że wam pomogłem.
 - Tak po prostu godzisz się na śmierć?! - dziewczyna nie mogła uwierzyć, że ktoś tak potężny tak łatwo się poddaje. To niemożliwe!
 - Jesteście tuż przed Mostem Prób - powiedział, kompletnie ignorując jej pytanie. - Musicie stąd uciekać, drugi raz wam nie pomogę.
 - Chodź z nami - poprosił Titres. - Maal, to, co robisz, jest nierozsądne, zastanów się...
 - Wiem, co robię! Jeszcze się spotkamy, wtedy mi się odwdzięczycie. Uciekajcie! - nakazał im, po czym znów zmienił się w czerwoną chmurę i wzbił się w powietrze wysoko, wysoko nad nimi.

sobota, 6 kwietnia 2013

Rozdział 39

39. Blisko końca jesteśmy. Właściwie prawie dobiłam do mety z tym opowiadaniem, ale zanim to, czeka nas jeszcze kilka fajnych momentów, niekoniecznie ponurych i smutnych ;) Za przerwę, jak zwykle, przepraszam i mam nadzieję, że co bardziej wytrwali, wciąż czytają. Pozdrawiam i wiosny życzę!

Po raz pierwszy wszystkie  jego nerwy były tak napięte. Trudno powiedzieć, czy się bał, czy może zwyczajnie czuł piekącą, irytującą bezsilność. Octavia była sama, tysiące mil stąd, być może ciężko ranna, być może martwa... Tej ostatniej myśli nie chciał do siebie dopuszczać.  Stał w szeregu dowódców, za plecami mając armię najlepiej wyszkolonych wojowników. Alan był jednym z nielicznych mistrzów, którzy zachowali kamienną twarz. Tylko on i Vaill jakoś się trzymali. Reszta, z Audarem na czele, wręcz paliła się do walki. On sam chętnie rozpłatałby na dzwonka przeklęte cielska tych potworów, które skrzywdziły jego ukochaną, ale teraz nie mógł pozbierać myśli. Musiał zachować spokój, trzeźwe myślenie.
 - Uratuj ją. Uratuj za wszelką cenę - prosiła, łkając, matka Octavii. Chantall wczepiła paznokcie w jego ramię, a Alan bardzo starał się pozostawać twardy.
 - Nie wrócę tu bez niej. Obiecuję - rzekł patrząc kobiecie prosto w oczy.
 - Nie będzie chciała cię słuchać. Jeśli nie uwolniła Titresa to..
 - Wróci tu. Przysięgam na własne życie, że tu wróci. Nie pozwolę jej zginąć,  nie zostawię jej samej. Wbrew temu, co sobie zaplanowałem i co bym wolał, Octavia jest dla mnie najważniejsza. - Na te słowa Chantall objęła przyszłego zięcia i podziękowała mu samym spojrzeniem. Nic więcej nie chciała mówić. Chciała po prostu mieć nadzieję, że zobaczy swoje żywe. Nie zniosłaby i tej straty.
- To, co mówiłeś, to prawda? - spytał Vaill, nawet nie odwracając się w pełni do Alana. Nie mógł nie słyszeć tej rozmowy, stojąc zaledwie krok od  niego.
 - Będziesz mnie o to pytał, do końca życia? - prychnął, poirytowany.
 - Jeszcze miesiąc temu uznałbym to za mało śmieszny żart. Prawdę mówiąc... gdyby wziąć pod uwagę, jak bardzo nie lubiliście się, gdy tu przybyła, fakt powstania waszego związku można uznać za cud.
 - To nie ma teraz znaczenia. Chcę, żeby jak najszybciej była bezpieczna, zdala od tego cholernego psychopaty. - Przerwał na chwilę i rozejrzał się, widząc, że wszyscy mistrzowie są już usatwieni i czekają tylko na swoje oddziały. - Gdzie jest Lennars? Nigdzie go nie widziałem...
 - Królowa Sagesse z nim rozmawia. Prosiła, żeby zostawić ich samych. O co chodzi?
 - Nic ważnego. Po prostu wszyscy są już gotowi - odparł, ale zwęził podejrzliwie oczy, co zaniepokoiło Arcany'ego.
 - Myślisz o podejrzeniach Octavii względem niego? - spytał, choć nie był do końca przekonany, czy powinni o tym teraz rozmawiać. Lennars był jego przyjacielem od lat, dobrze się znali i wydawało się wręcz nieprawdopodobne, by mógł być zdrajcą.
 - Nie - skłamał Alan, choć z zupełnie innych powodów. Nawet jeśli Lennars ich zdradził, teraz należało skupić się na ocaleniu Octavii, Griphe i wygraniu wojny. Historia podobno sama rozlicza się ze zdrajcami.
Kwadrans później król zebrał wszystkie oddziały i wydał odpowiednie rozkazy. Wojownicy zaczęli wchodzić na pokłady wimanów i grzbiety kelmelotów, by obstawić zagrożone wojną obszary. Zarówno Alan jak i Vaill mieli ochraniać Griphe, więc bezzwłocznie się na nią udali, choć żadnemu z nich nie podobał się ten pomysł. Chcieli zostać wysłani na misję ratunkową Octavii, ale królowa Sagesse stwierdziła, że emocje i uczucia wezmą górę nad ich trzeźwym myśleniem, z powodu szczególnych relacji z Octavią. Miała rację, ale Alan nie myślał teraz w ten sposób. Jeśli zajdzie potrzeba, wyruszy po nią choćby sam.
 

***
 

Zimna, ciemna cela wydawała się nie mieć ścian i krat. Wszystko, co materialne zniknęło, a w niej wzbierała niesamowita mieszanka uczuć - euforia pomieszana z rozpaczą, strach z chęcią działania... Trzymała w ramionach ojca, ale to nie przesłaniało jej reszty sytuacji, w jakiej się znajdowali. Na zewnątrz trwa wojna. Alan na pewno będzie narażony na śmierć. Mama, Vaill... wszystkim może się coś stać, a ona musiała tu tkwić. Jedyną pociechą było to, że zasklepienie kilku większych ran jej Taty, bardzo ulżyło mu w cierpieniach. Potem dała mu napić się wody i obmyła nią jego twarz, która teraz zaczęła wydawać jej się podobna, znajoma, bliska.
- Bardzo się bałem... że w końcu tu przyjdziesz - mruknął słabo Titres, spoglądając na córkę.
 - Nie mogłam zostawić cię samego. Cały czas marzyłam o tym, żeby cię odnaleźć i zabrać z powrotem do domu.
 - To się nie uda. - Spuścił wzrok. - Musisz mnie... tu zostawić. Ze mną nie dasz rady uciec... ale sama... na pewno... - dukał. Mówienie najwyraźniej wciąż kosztowało go wiele wysiłku. - Cieszę się... że przed śmiercią... mogłem cię jeszcze zobaczyć.
 - Tato, proszę - szepnęła błagalnym tonem. - Wszyscy zawsze powtarzali mi, że upór, odwagę i wiarę w zwycięstwo dobra nad złem odziedziczyłam po tobie. Nie uwierzę, że ci ludzie się mylili. Uciekniemy stąd razem, zobaczysz. Mamy jakąś nadzieję, Maal nam pomoże, prawda?
 - Boi się. Nie chce tego robić.
 - Kto to jest? - spytała, bardziej siebie samą, niż ojca. Nie chciała, by wyjaśnienia go wyczerpały.
 - Podczas wojny w krainie Gladius... Mauvias znalazł niemowlę. Mógł je zabić... ale uznał za symbol, że zdobył tę krainę... zabrał go tutaj i wychowywał, szkolił na  mistrza Zakonu Feupeliadów, ale... nigdy... nie udało mu się zaszczepić w nim zła do końca. Maal pomagał mi... czasem wspierał...Był moją ostatnią deską ratunku przed szaleństwem. Ale on czuje wdzięczność... i boi się Mauviasa.
 - Nic więcej nie mów - poprosiła go, przykładając mu palec do ust. Sporo wysiłku wkładała w to, by tak mało mówić i prosić o tak niewiele informacji, ale najważniejsze było to, by nie tracił sił. - Spróbuj zasnąć, tato.
 - Widzę cię... po raz pierwszy od tak dawna i... miałbym zamykać oczy? - spytał, z wątłym uśmiechem, który jednak był najweselszym, na jaki było go stać.  Octavia odwzajemniła ten uśmiech, czując na plecach ciarki. Teraz nie mogła uwierzyć, że kiedykolwiek pogodziła się z tym, że już nigdy nie zobaczy taty. W tym momencie wezbrała w niej dotąd nieznana siła, która nakazała jej walczyć, choćby sytuacja była beznadziejna. Przecież właśnie tego uczono jej w Akademii - żeby nie poddawać się mimo wszystko, bo to chęć walki zwykle jest tym, co pozwala nam zwyciężać.
Z zamyślenia wyrwały ją czyjeś szybkie kroki, które wyraźnie zmierzały w kierunku ich celi. Gdy zobaczyła Maala, serce zabiło jej o wiele mocniej. Od razu zerwała się z miejsca i podbiegła do krat. Nim jednak zdążyła cokolwiek powiedzieć, Maal złapał ją za koszulę i przyciągnął najbliżej, jak mógł.
 - Słuchaj uważnie - rozkazał jej. - Dokładnie za godzinę Mauvias wyjdzie ze swoją gwardią przyboczną z pałacu i wyruszą na wojnę. Nie wiem, kiedy i w jakich okolicznościach wróci, ale powinnaś zdawać sobie sprawę, że to jedyny czas, w którym macie szansę na ucieczkę. Zamek jest pilnie strzeżony, wszędzie są straże i na pewno nie ulitują się nad wami. Jedyne, czego możecie spróbować to ucieczka przez prywatne komnaty Mauviasa. Twój ojciec wie, gdzie się znajdują. - Gdy skończył mówić, wcisnął jej do ręki mosiężny klucz od celi i chciał już odejść, gdy zatrzymało go nieśmiałe szarpnięcie.
 - Tata powiedział mi o tobie - wyznała szeptem. - Nie musisz przy nim być. Zostaw Mauviasa, zacznij nowe życie. Skoro nie chcesz być zły, nie musisz.
 - Chyba nie wiesz, o czym mówisz - pokręcił z niedowierzaniem głową. - On jest dla mnie, jak ojciec. Ocalił mnie i wychował, zapewnił mi byt nie tylko teraz ale i w przyszłości. Nie zostawię go.
 - Czujesz wdzięczność, czy strach?  - dopytywała się. Nie chodziło już nawet o to, czy chciała móc jeszcze bardziej liczyć na jego pomoc, ale zwyczajnie nie chciała pozwalać komuś na tak okrutny los.
 - To nie jest spowiedź!
 - Podczas wojny mogą cię zabić! Gdybyś został z nami, a my powiedzielibyśmy wszystkim prawdę, przyjęliby cię, jak bohatera.
- Myślisz, że mam czyste sumienie? - spytał z kpiącym uśmiechem, choć wcale nie miał na niego ochoty. Te rozmowy z Titresem zawsze go dręczyły, a teraz wiedziała o wszystkim także jego córka. Znacznie bardziej natarczywa i uparta. - Walcz o własne życie, moje zostaw w spokoju. Pamiętaj, równo za godzinę musicie stąd uciec.
 - Maal - odezwał się słabo Titres - Dziękuję ci... za wszystko. Gdyby nie ty... nie przetrwałbym.
 - A ja tobie. Byłeś jedynym, który wiedział. Powodzenia. - Nie oglądając się już więcej, odszedł.
 - Dziękuję - wyszeptała Octavia, choć Maal nie mógł już tego usłyszeć. Pozostało im tylko w spokoju przeczekać najdłuższą godzinę w ich życiu.

piątek, 22 marca 2013

Rozdział 38

38. Oto jestem. Chciałabym pisać częściej, ale wiadomo, jak to jest z tym chceniem. Rozdział z gatunku angst delux, więc kto ma dobry humor, niech sobie odpuści. Fani łzawych opisów tudzież porażek głównych bohaterów znajdą coś dla siebie. Miłej "wiosny" która jakoś nie chce nas odwiedzić...

Nie miała wyboru. Przerażające ślepia Mauviasa przewiercały ją na wylot, a ciężar życia ojca spoczywał wyłącznie na jej barkach. Oddychała ciężko i nierówno, myśląc intensywnie. Ale skąd wziąć siły, gdy ciało płonie w bolesnym proteście, gdy dręczy śmiertelne wyczerpanie, rozpacz i bezradność? Potwór wciąż przyciskał ostrze do gardła Titresa, czekając tylko na drobne potknięcie, by bez zastanowienia przeciągnąć po nim z uśmiechem na wstrętnej mordzie. Octavia jeszcze raz spojrzała na zmaltretowane, zakrwawione ciało ojca, usłyszała jego płytki, nerwowy oddech i była już pewna, że jeśli teraz nie spełni żądań Mauviasa, jej ojciec zginie. Nie, żeby wierzyła w jego uczciwość - dobrze wiedziała, że nawet jeśli wyśpiewa mu wszystko, i ona i Titres zginą. A mimo to jakaś jej naiwna cząstka chciała przedłużć to życie i tak skazane na rychły koniec.
- Gadaj! - wrzasnął znów Mauvias, jeszcze mocniej naciskając ostrzem na gardło jej taty.
- Nie wiem wszystkiego - zaczęła. -Nawet meglany nie wiedzą. Źródło ma wielką moc chronienia, budowania i niszczenia, a największe stężenie tej mocy osiąga w święto Griphe.
 - Co to jest? CZYM jest źródło? - syczał z opętańczą żądzą.
 - To perła, wyłowiona wiele setek lat temu przez meglana. Jest nienaturalnych rozmiarów, to wszystko, co o niej wiem. Nigdy jej nie widziałam.
 - Jak działa?
 - Meglany umieściły w niej część siebie, część natury.
 - W jaki sposób?
 - Za pomocą magii, której się nauczyły.
 - Gdzie znajduje się Perła? - to pytanie sprawiło, że Octavia zadrżała na całym ciele. Jeśli mu powie, to koniec.
 - Nie wiem - odparła, modląc się, by tym nie zabiła ojca.
 - Łżesz! - zawył wściekle Mauvias. - Gdzie jest ukryta, pytam ostatni raz!
 - Wiem tylko, że POWINNA być w Griphe, anioł nie powiedział mi, gdzie się znajduje! - zawołała rozpaczliwie, widząc, jak krople krwi pojawiają się na szyi jej ojca.
 - Ale na pewno wiesz, jak jest chroniona? - spytał, gdy jego pozbawione warg usta wykrzywił wstrętny uśmiech.
 - Na pewno magicznymi sposobami. Poza tym król szykuje armię. Nie zdobędziesz jej bez wojny.
 - Tak dobra uczennica Akademii na pewno wie, jak rozstawione będą poszczególne oddziały, co?
 - Nie wie. Ale przecież masz w Akademii Lennarsa i tę szmatę Clemort. Dlaczego nie przynieśli ci informacji? Czyżby w końcu ktoś mnie posłuchał i przejrzał na oczy?
 - Octavio - zacmokał w parodii rodzicielskiej nagany - taki język u tak ślicznej dziewczyny jest nie na miejscu. A swoją drogą... zastanawiam się, czy Lennars tak nieumiejętnie sprawował swoją posługę, czy jesteś taka dobra, że to odkryłaś. A Rosanne nie działa dla mnie, a dla Lennarsa. Zakochała się w nim, to doprawdy obrzydliwe - zaśmiał się podle i wypuścił z rąk jej ojca, który upadł na posadzkę z głuchym łoskotem. Octavia spojrzała z bólem na wielki wysiłek, jaki wkładał w to, by na nią patrzeć. Ona także użyła wszystkich swoich sił, by nie zawyć z bólu i nie zacząć płakać jak dziecko.
 - Powinnaś widzieć minę swojego ojca, gdy zobaczył Lennarsa tutaj. Wył tak głośno, że wszystkie moje tortury zdawały się być nieskuteczne... - mówił, śmiejąc się do rozpuku.
 - Zamknij się - zawarczała Octavia. - Wiesz, co chciałeś wiedzieć, teraz pozwól mi mu pomóc.
 - Myślisz, że to jeszcze możliwe? Spójrz na niego. To wrak. Nie jest już nawet człowiekiem, ale jeśli wierzysz, że możesz mu pomóc... - skinął na Maala, który brutalnie zrzucił Titreasa na podłogę tuż obok stóp Octavi. Dopiero teraz jej oczy zaszły mgłą, a w gardle stanęła rozpalona cegła. Wiedziała, że Mauvias nie zmiękł - to była psychologiczna gra, tortura. Miała mu pomagać i patrzeć, jak nic to nie zmienia. Mimo to wyciągnęła patki Gladyjskich Lilii i zasklepiła nimi kilkanaście ran. Titres nie miał nawet siły, by wić się i krzyczeć z bólu. Jedyną ulgą był głos i dotyk ukochanej córeczki...
 - Będzie dobrze, tato, obiecuję - szeptała. - Zabiorę cię stąd.
 - Uciekaj. Nie możesz tu zginąć - poprosił. Octavia otarła mu twarz z krwi i brudu, by mogła ją choć ten raz ujrzeć i doskonale zapamiętać. Był chudy, zaniedbany i brudny, a wydawał jej się najpiękniejszym mężyczną, jakiego widziała. Był piękny, bo był jej tatą. Kimś, kto byłby przy niej zawsze, kto poruszyłby niebo i ziemię tylko po to, by spełnić jej marzenia, kto otoczyłby ją murem z własnych ramion i przenigdy nie dał skrzywdzić. Kimś, kogo zabrano jej, zanim jeszcze zdążyła zrozumieć, jak cenna jest ojcowska miłość.
 - Nie zostawię cię tu. - Choć mówiła to łamiącym się głosem, była pewna swoich słów.
 - Żałosne... - mruknął z niesmakiem Mauvias. - Koniec ckliwych pogawędek. Czas działać. Mówisz, że Perła ukryta jest w Griphe i strzeżona magią... No to poradzimy sobie i z tym. Maal, zabierz ich i wtrąć do jego celi. Niech spędzą ze sobą trochę czasu przed śmiercią. - Straż przyboczna Mauviasa gruchnęła podłym śmiechem. Maal podniósł ich oboje swoimi wielkimi łapami i poprowadził do dębowych wrót.
 - Brawo, panno Conely. Skazałaś na śmierć siebie, ojca i resztę moich wrogów. Zepsułaś wszystko! - usłyszała za sobą krzyk Mauviasa, a potem drzwi zamknęły się za nimi z hukiem i już wleczono ich ciemnymi korytarzami do zimnej celi, do której wtrącił ich Maal.
 - Przykro mi - mruknął, zatrzaskując za dziewczyną kraty, co wprawiło ją w osłupienie.
 - PRZYKRO ci? Przecież nie masz uczuć, jak może być ci przykro, ty skurwysynu!
 - Octavio... - Titres wyciągnął ku niej rękę. - On... pomagał... mi...- Maal odwrócił się plecami do dziewczyny, która dyszała ciężko z wściekłości. Teraz jednak uspokoiła się.
 - To ty porwałeś mnie z Akademii. To ty jesteś najbliżej Mauviasa. KIM ty jesteś?
 - Nie muszę odpowiadać na twoje pytania.
 - Pomożesz nam?
 - Żegnam - zrobił kilka kroków w przód, a ona padła na kolana.
 - Błagam, nie odchodź! Musisz nam pomóc, proszę! Nie skazuj nas na śmierć. - Wlepiła błagalny wzrok w jego potężną postać, a on tylko obejrzał się przez ramię.
 - Nie będę wam przeszkadzał. Póki co - czekaj. I nie zbliżaj się do Mauviasa. Wojnę wygra z całą pewnością, ale może wy zdołacie uciec. - Potem odszedł, nie mówiąc nic więcej. Zostawił im jednak piękny dar - nową kroplę nadziei.

niedziela, 3 marca 2013

Rozdział 37

37. A potorturuję Was jeszcze trochę, co mi tam. Zdałam sobie sprawę, że czarne charaktery też muszą czasem wygrywać, inaczej byłoby nudno i monotonnie. W tym momencie fani happy endów będą chcieli mnie rzucić na pożarcie enigmorom, ale proszę pamiętać, że to nie jest ostatni rozdział ;) Miłej lektury


Wielki pałac zdawał się najbardziej ponurym miejscem we wszechświecie. Zwisając ze ścian, wiły się po obu jej stronach jadowite liany, żółte ślepia strasznych strażników przyglądały jej się wrogo na każdym kroku, jednak żaden z nich nie wykonał ruchu. Już wiedziała, że dotrze do sali, w której będzie czekał na nią Mauvias, bez żadnych przeszkód. Te wszystkie straże były tylko po to, by ją osłabić, by stwierdzając, że ma już dość, powiedziała mu wszystko o Tajemnicy Griphe. Dobrze wiedziała, że nawet gdyby to zrobiła, zabiliby i ją i jej ojca. Na to nie mogła pozwolić. Miała też świadomość, że już za kilka godzin rozpocznie się najprawdziwsza wojna. Akademia miała zorganizować wojska, co pewnie już uczyniła, ale los wszechświata nadal był zagrożony.
Z ostatkiem sił wspinała się po kamiennych schodach wiodących do wielkich, stalowych drzwi. Wlokła się, zostawiając za sobą lepkie ślady krwi. Rany paliły ją tym boleśniej, że serce przyspieszyło w swoim rytmie kilkakrotnie. Bała się. Była przerażona. Co czeka ją za drzwiami? Tortury? Martwe ciało ojca? Kolejne próby? Śmierć?
U szczytu kamiennych stopni była już wycieńczona. Oddałaby wszystko, by znajdować się teraz daleko od tych drzwi. Gdy sięgnęła do nich ręką, bez żadnych szans na pchnięcie na tyle mocne, by się otworzyły, one rozwarły się przed nią same. Jej oczom ukazała się wielka sala za ogromnym tronem, bodaj zbudowanym z kości. Na owym tronie siedziała ukryta w półmroku postać. Posadzka, co zapewne było jej naturalnym stanem, zbryzgana była krwią. Kolumny piętrzące się pod wysokie sklepienie oszpecone były ludzkimi czaszkami, w których oczodołach błądziło złowrogo rozedrgane światło pochodni. Przy tronie rozstawiona była gwardia przyboczna Mistrza Zakonu Feupeliadów - jej głównego członka Octavia rozpoznała od razu - Maal. Oprawca, który porwał ją podczas ćwiczeń w polu.
Szła pomiędzy strasznymi kolumnami, słysząc jedynie własny oddech, powłócząc nogami i drżąc na całym ciele. Choć każdy mięsień skręcał się z bólu w proteście, każdy nerw napinał boleśnie, a wszystkie myśli wrzeszczały o wolności i powrocie do Akademii, wiedziała, że nie może się poddać. Z każdym krokiem widziała go lepiej. Twarz potwora, który zmienił życie jej rodziny w piekło.
Mauvias podnosił się powoli, ukazując jej w pełni swoją wielką, straszną postać i szpetną, pomarszczoną, bladą jak papier gębę. Jego oczy pozbawione były tęczówek, widniały w nich tylko dwie czarne kropki. Ciemne włosy skrywał obszerny kaptur. Ust nie miał prawie wcale, a w policzki, oprócz zmarszczek, wkomponowały się liczne blizny. Stał więc przed nią, w czarnych szatach, patrząc z obleśnie złym uśmiechem na swoje dzieło. A więc udało mu się ją zniszczyć... O to właśnie chodziło.
 - Nareszcie - wysyczał, obnażając przy tym wężowy język. - Tyle lat czekałem na ciebie, Octavio Conely.
 - Gdzie on jest? - warknęła przez zaciśnięte zęby, ani na moment nie spuszczając wzroku z jego twarzy, jakby chciała móc znienawidzić go jeszcze bardziej, do ostatnich granic, do szaleństwa. Żeby zabicie go było najpiękniejszym, co mogło jej się przytrafić.
 - Nie tak prędko. Jesteś tu w konkretnym celu. Musisz powiedzieć mi wszystko o Tajemnicy Griphe, o tym, gdzie się znajduje i jak ją wykorzystam. Co to jest? CZYM jest źródło?
 - Nie usłyszysz ode mnie ani słowa, dopóki nie zobaczę ojca. Dopóki nie będzie bezpieczny.
 - Octavio, moja słodka kruszyno - zaśmiał się okrutnie, zbliżając się do niej na kilka kroków. - To ja tu stawiam warunki. Lepiej, żebyś o tym pamiętała.
 - Nie podchodź do mnie! - wrzasnęła, błyskawicznie chwytając za miecz. Ustawiła  się w pozycji bojowej, gotowa ciąć w każdej chwili.
 - Po co te nerwy? Twój ojciec tu jest, ale zdechnie, jeżeli natychmiast nie dowiem się wszystkiego, czego chcę, rozumiesz?
 - Nie zabijesz go. Jest ci potrzebny.
 - Już nie - rzekł, stojąc zaledwie kilkanaście centymetrów od niej. - Był mi potrzebny do momentu, do którego się tu nie znalazłaś. Wiem, że ten wasz aniołek wszystko ci powiedział. Oczywiście mógłbym go zabić i torturować ciebie, by mieć wszystkie informacje, ale jeśli jesteś tak samo uparta, jak twój ojciec, trwałoby to za długo. Dlatego powierzam ci życie Titresa, Octavio. Od ciebie zależy, czy przeżyje, czy po tylu latach męki jednak skona u moich stóp. - Grał dobrze. Wiedział, gdzie musi uderzyć, żeby pomyślała, że nie ma wyjścia.
 - Możesz mnie torturować nawet tysiąc lat, możesz rozpocząć wojnę i zamordować wszystkie bliskie mi osoby, ale jeśli nie uwolnisz mojego ojca, nie usłyszysz ani słowa o Tajemnicy Griphe - zawarczała, zaciskając ręce na rękojeści miecza.
 - Cóż, więc będziemy grać... Cudnie. Maal, przyprowadź więźnia! - Na te słowa całe jej ciało pomdlało. Zobaczy go. Naprawdę go zobaczy.
Kilka chwil później przywleczono wpół przytomną postać mężczyzny, w którym, nawet, gdyby mogła, nie rozpoznałaby swojego ojca. Jego twarz, szyja, ręce i nogi były poranione i zakrwawione. Jedynym nienaruszonym punktem była lewa dłoń, wyciągnięta ku Octavii w błagalnym geście. Dziewczyna chciała do niego podbiec, pomóc mu, ulżyć w cierpieniu, zrobić cokolwiek, by nie czuł bólu, lecz gdy zrobiła ledwie kilka kroków, potężna łapa Maala zatrzymała ją, powalając na ziemię. W tym czasie Mauvias chwycił jej ojca i przytknął mu do gardła ostry miecz.
 - Koniec żartów, Octavio. Chcę wiedzieć o Tajemnicy wszystko, rozumiesz? Czym jest, gdzie jest, jaką ma moc i jak mam ją zdobyć. - Octavia wahała się. Ocalić świat, czy ojca? Co począć, gdy musi wybrać? - MÓW! - zaryczał wściekle Mauvias, którego twarz przybrała wyraz obłędu.  - Zabiję go, słyszysz? Zarżnę, jak świnię, jeśli nie zaczniesz gadać i to będzie tylko TWOJA WINA! - Po kolejnej chwili milczenia tylko ułamek sekundy dzielił Mauviasa od przeciągnięcia ostrzem po gardle Titresa.
 - NIE! - wrzasnęła w ostatniej chwili.
 - Nic... mu... nie mów... kochanie... - wychrypiał Titres. - Ten głos, mimo że słaby i cichy, ledwo słyszalny, sprawił, że wybór pomiędzy światem, a życiem Titresa, stał się oczywisty. Ojciec był ważniejszy.
 - Powiem ci... powiem wszystko, co wiem, ale wypuść go. Pozwól mi mu pomóc, a powiem ci wszystko.

sobota, 23 lutego 2013

Rozdział 36

 36. Wielki powrót. A raczej wielkie szczęście, że mogłam wreszcie coś napisać. Uznałam, że w związku z tym, iż nie było mnie naprawdę długo, napiszę długi rozdział, co chyba mi się udało. Jak z treścią - nie wiem, mam nadzieję, że nie przesadziłam z "wymuszoną epickością" ;) Pozdrawiam!


Przekroczyła bramę, za towarzysza mając jedynie miecz. Ból zadanych własnym mieczem ran palił ją żywym ogniem, ale nie na tym się skupiała. Skradając się po cichu, reagując na każdy szmer i szelest, poruszała się do przodu. Noisang było straszną krainą składającą się z osmolonych skał, w których widniały pęknięcia, a z tych co chwila wytryskała gorąca lawa. Światło gwiazd i księżyców nie docierało tu prawie wcale, a niebo nad nią było atramentowo czarne. Co krok walały się potłuczone głazy i ludzkie gości, a swąd spalenizny przyprawiał o mdłości, tym bardziej, że było tu strasznie gorąco. Droga przed nią spowita była szarym dymem, co sprzyjało jedynie temu, by raz po raz uderzała ramieniem w wyrastający przed nią stalagmit.
Minęło zaledwie parę chwil, gdy dostrzegła to, czego tak się obawiała. Znikąd otoczył ją przyjemny dla skóry chłód, a ledwie kilka kroków przed nią w powietrzu zawisło kilka zwiewnych postaci o długich, srebrzystych włosach, odzianych w jasne szaty. Gdyby nie wiedziała, kim są, uznałaby, że to anioły. Ale przecież ich wygląd to tylko pozory. Reverianie, okrutne demony, potrafiące swoją hipnozą zmusić człowieka do wszystkiego.
Przypomniała sobie, jak Millius tłumaczył jej, że demony, z którymi spotkała się podczas Wielkiej Selekcji, to blada namiastka tego, co czeka ją ze strony tych potworów. Pamiętała też, że jedyny sposób, na ich pokonanie to oprzeć się pokusom. Tylko tak mogła wygrać.
Tymczasem srebrzystowłosi otoczyli ją już swym wdziękiem, łagodnym nuceniem najsłodszych melodii i czułym, choć zimnym dotykiem szarych rąk. Chciały chyba udawać czułość.
 - Zabierzcie ode mnie łapy! - warknęła odtrącając długie palce. Demony nie opierały się, posłusznie wykonały polecenie.
 - Nie chcemy twojej krzywdy - szeptały zgodnie. - Chcemy ci ulżyć w cierpieniu. Te rany palą, prawda? Proszę, weź - jeden z demonów podał jej na dłoni fiolkę, zapewne z lekiem uśmieżającym ból. Niewiele brakowało, by ją wzięła, ale opanowała się.
 - Niczego od was nie wezmę! Przybyłam tu by uratować ojca! Nie dam się złamać! - wykrzyczała, jakby to miało je przestraszyć.
 - Biedactwo - szeptał słodko kolejny reverian. - Jesteś taka dzielna. Dlaczego wydali cię na takie męki? Pozwól sobie choć przypomnieć, jak dobrze ci było, gdy jeszcze nie umiałaś władać mieczem. - I oto rozpostarł się przed nią widok pięknej Coidy z mnóstwem pachnących kwiatów i drzew uginającymi się pod ciężarem dojrzałych owoców. Przed jej własnym domem stała jej matka, uśmiechnięta i szczęśliwa. Słyszała śmiechy, strzępy jakichś błahych, radosnych rozmów. - Możesz tam w każdej chwili wrócić - mówił demon. - To proste. Wystarczy, że podasz mi rękę. - Nic nie mogła odpowiedzieć, zapatrzona w swoją ukochaną, spokojną krainę.
 - Wystarczy, że podam ci rękę, a wyssiesz ze mnie życie - wykrztusiła z trudem i przedarła się przez krąg demonów. Od razu boleśnie odczuła ich nieobecność. Ból powrócił do ran, ukrop dotarł do skóry, a widok Coidy zastąpiły mroki Noisang. Reverianie podjęli ostatnią próbę.
 - Możesz tu zginąć - rzekł jeden z nich - ale jeśli zawrócisz, jeśli dasz sobie pomóc, kochanie... spójrz, co może się stać. - Tym razem ukazano jej ją samą. Ją i Alana. Ona w pięknej, białej sukni, on odświętnie ubrany, w otoczeniu rodziny i przyjaciół pobierają się. Są szczęśliwi. Chyba znajdują się w raju, bo nawet Coida nie wyglądała nigdy tak pięknie. Czy to naprawdę możliwe? Realna Octavia patrzyła, jak jej widmo całuje Alana, jak czuje na sobie jego ręce i patrzy w te piękne oczy. Była już pewna, że chce wracać, że to zbyt wiele, że nie zniesie dalszego bólu i udręki. Chciała tylko uwolnić się od cierpienia. To wszystko. Cofnęła się o kilka kroków i w ostatniej chwili ujrzała przed oczami Artaxa, gdy mówił, że w nią wierzy i że wie, że uratuje ojca. Musiała to zrobić! Jej tata, jej kochany tatuś tak długo cierpiał, tyle lat wytrzymał bez ukochanych osób.
 - Wrócę do domu z ojcem - wykrzyczała, tłumiąc płacz- i nie powstrzymacie mnie! Nigdy! - z tymi słowy zaczęła pędzić przed siebie, byle dalej od tych wspaniałych wizji. Tak bardzo chciała uratować tatę. Musiała o tym pamiętać, nie mogła pozwolić wygrać siłom ciemności.
Nie dane jej było długo cieszyć się spokojem, bo kwadrans później walczyła już na śmierć i życie z dzikimi enigmorami. Walczyła, zaciskając palce na klindze miecza tak mocno, że aż sprawiało jej to ból. Cięła nim na oślep, byle tylko zranić potwory. Cięcie, unik, pchnięcie. I wciąż od nowa.  Miecz nie uchronił jej jednak przed kilkoma szponami i ostrymi kłami tych olbrzymich gadów. Opadała już z sił.  Nie miała pojęcia, jak długo trwało to starcie i czy ma szansę przeżyć z jego efektami, ale w końcu się udało - ostatnie monstrum padło martwe u jej stóp. Brudna, mokra od krwi i potu, upodlona do ostatnich granic usiadła na ziemi, opierając skroń o odciętą łapę enigmora. Drżącą, pokiereszowaną dłonią sięgnęła do małej sakiewki z płatkami Gladyjskich Lilii. Było ich tylko kilka, więc przytknęła tylko jeden, do kilku  najgroźniejszych ran, a te zasklepiły się boleśnie. Resztę płatków postanowiła zachować dla taty. Wzięła też łyk wody, zastanawiając się, czy jest w stanie znieść dalsze próby. Była wykończona, ale wiedziała, że musi iść dalej. Nie może porzucić jedynej szansy na uratowanie ojca.
Wstała. Modląc się w duchu o jeszcze odrobinę siły, o krztynę opatrzności, o kropelkę szczęścia. Czekała ją ostatnia próba. Z oddali widziała już zarys ogromnego pałacu, w którym od lat więziono jej ojca. Tym razem nie mogła już wiedzieć, co robić i jak się zachować. Nigdy wcześniej nie spotkała się z Zaklinaczami Czasu. Szła więc przed siebie, rozglądając się i nasłuchując bacznie. Muszą być niedaleko...
 Nie natknęła się na nich jednak, a pałac był już naprawdę blisko. Znalazła się w niestrzeżonym wysoko sklepionym atrium. Już sam fakt, że brak tu straży, bardzo jej się nie spodobał, a świadomość, że nie spotkała Zaklinaczy Czasu  napawał ją prawdziwym lękiem. Coś było nie tak.
Już chwilę później okazało się, że to właśnie tu czekała na nią trzecia straż. Od razu chwyciła za miecz. Zupełnie niepotrzebnie, bo jej broń w ułamku sekundy znalazła się w dłoni wysokiego na dwa i pół metra anioła o czarnych skrzydłach i hebanowych włosach sięgających szczęki. Stworzenie trzymało w dłoni ostrze miecza, w ogóle nie czując bólu, choć krople krwi skapywały po jego czarnej szacie. Jego bladą twarz oświetlało tylko rozedrgane światło pochodni.
 - Siadaj - odezwał się Zaklinacz niespodziewanie spokojnym głosem. - I nie używaj więcej broni w tym miejscu. To bezcelowe, bo nie jesteś w stanie mnie zabić.
- Mój miecz cię zranił - stwierdziła ostro.
 - Tak ci się wydaje? - Zaklinacz podniósł swoją wielką dłoń, na której nie było nawet śladu po rozcięciu. - Władam przeszłym czasem, a więc mogę wskrzeszać się i uzdrawiać, kiedy tylko zapragnę. A jednak do rzeczy - wiesz, po co tu jesteś?
 - Aby ocalić ojca - odparła bez zastanowienia. Być może to absurd, ale poczuła się idiotycznie w swoim poszarpanym, burdnym ubraniu przy tej dostojnej, eleganckiej istocie.
- O ile się nie mylę, twój brat nie żyje. Wiesz, że jestem w stanie przywrócić mu życie. Nie wmawiaj sobie, że to kolejna iluzja. Jestem tu, bo moja moc jest najsilniejsza, najbardziej niebezpieczna ze wszystkich, ale mogę jej używać tylko wtedy, gdy ktoś, na kim mam jej użyć bardzo tego pragnie. Ty chcesz, by twój brat żył. Wskrzeszę go, jeśli wykonasz polecenia Mauviasa i zostawisz tu ojca. Pamiętaj, że to nie jest sztuczka, wybieraj.
 - Masz tak potężną moc i służysz temu skurwielowi? - prychnęła, chcąc zyskać na czasie. To była tak trudna decyzja... Zaklinacz uśmiechnął się kpiąco.
 - Nikomu nie służę. Jestem tu, bo chcę. Zrodziłem się ze zła, więc będę czynił tylko zło. Zapewne poznałaś mojego słodkiego brata, Milliusa...
 - On nie jest twoim bratem! Gdy spytałam go, jak wygląda Zaklinacz Czasu, odpowiedział, że nie wie!
 - Bo nie ma prawa wiedzieć. Ale jest aniołem, tak jak ja, a więc musi być moim bratem. Tyle, że mnie zrodziło zło, a jego dobro. Zabawne, prawda? Ale... Octavio. Czas ucieka. A ja nie lubię go marnować. Jaka jest twoja decyzja?
 - Nie dam ci się omamić. Nie zaufam niczemu, co jest złe.
 - I dlatego pozwolisz zabić siebie, ojca, zostawisz matkę samą i nie dasz bratu szansy na kolejne życie? Kogo chcesz oszukać? Dziewczynka, niewyszkolona i słaba, miałaby sama dać radę Wielkiemu Mistrzowi Zakonu Feupeliadów? To chyba jakaś kpina. Dobrze wiesz, że możesz uratować tylko brata i tylko dzięki mojej łasce, więc rób, co mówię.
 - Nigdy - warknęła, wstając. Sądziła, że Zaklinacz zerwie się z miejsca, próbując ją powstrzymać, ale anioł znów zachował spokój.
 - To twój wybór. Wybrałaś śmierć, więc idź po nią. Tyle legend krążyło od lat w Noisang o słynnej córce Titresa Conely, o tym, że będzie tak samo odważna i wielka... Bzdura. Zawiodłaś nas wszystkich - zaśmiał się okrutnie.  - Już przegrałaś, Octavio. Idź. Pałac Mauviasa stoi przed tobą otworem. On tylko czeka na ciebie.

wtorek, 19 lutego 2013

Ogłoszenia parafialne

Na wstępie przepraszam. W drugiej kolejności się tłumaczę. "Jak można zawiesić bloga niemalże przed punktem kulminacyjnym?!" - zapewne chciałaby zapytać większość Czytelniczek. Kochane, do "zawieszenia" czasowego zmusiła mnie obecna sytuacja życiowo-szkolno-rodzinna. Bardzo Was przepraszam, kiedy tylko dam radę, na pewno coś wstawię i napiszę, na chwilę obecną nie jestem w stanie podać dokładnego terminu. Bloga nie porzucę i na pewno doprowadzę do końca. Zaglądajcie więc. 
Cierpliwym dziękuję za cierpliwość, mniej cierpliwym za umiejętność niezamordowania mnie. 

sobota, 2 lutego 2013

Rozdział 35

35. Uprzedzając to, co pomyślicie - nie, nie jestem sadystką i psychopatką, mam po prostu nieco chorą wyobraźnię ;) I lubię utrudniać życie bohaterom, a że wyprawa do Noisang nie miała być miłą wycieczką krajoznawczą, to przed Octavią ciężkie czasy. Mam nadzieję, że wyszło w miarę po ludzku.


W chwili, gdy musiała opuścić Pasmort, wydawało jej się to najtrudniejszym z zadań. Nie chodziło już o strach, ani o to, że  od tej pory nie będzie przy niej Milliusa. Po prostu nie mogła znieść myśli, że za chwilę  puści dłoń brata i zobaczy go ponownie za wiele, wiele lat. Ufała mu, wiedziała, że się tu spotkają, ale... to było za trudne. Gdyby mogła, zostałaby z nim na zawsze, bo miłość i ulga, którą poczuła przy Artaxie, były niemal obezwładniające.
 - Bądź ostrożna, ale walcz dzielnie - rzekł Millius, ściskając jej rękę. - Pamiętaj, że bez względu na efekt twoich działań, cała nasza Galaktyka będzie ci wdzięczna - dodał jeszcze i odszedł, ustępując miejsca Artaxowi.
 - Octavio...
 - Wiem - przerwała mu ze smutnym uśmiechem. Pod rzęsami zebrało jej się kilka drobnych koralików łez. - Będę na siebie uważała. I będę bardzo tęsknić. - Artax też się uśmiechnął.
 - Wiedziałem, że musimy być do siebie bardzo podobni. Octavio, pamiętaj tylko, że... kocham cię tak bardzo, że wydaje mi się, że ty już wiesz, co powiem, za nim jeszcze o tym pomyślę. Dlatego wierzę, że wiesz, co chcę ci teraz powiedzieć - walcz, nigdy się nie poddawaj, ale przede wszystkim chroń życie. Tata i tak już jest z ciebie dumny, bo na pewno czuje, że nigdy o nim nie zapomniałaś.
 - Nigdy nie zapomnę. O tobie też - coraz trudniej było jej mówić, dlatego przytuliła się do niego i zamknąwszy oczy choć przez chwilę mogła marzyć, że jej podróż już dobiegła końca. Szczęśliwego końca. Artax ściskał ją mocno i sam również nie chciał wypuścić, ale musiał. Gdy wsiadała na pokład wimana, pomachał jej tylko, starając się zachować ten sam uśmiech.
 - Do zobaczenia! - rzekli w jednym momencie, a potem drzwi latającego pojazdu zamknęły się za nią i wiman powoli zaczął wzbijać się w powietrze, rozcinając swymi światłami mrok otaczający krainę Pasmort.
Octavia mocno zacisnęła dłonie, starając się nie myśleć o tym, co ją czeka. Teraz już musiała sobie poradzić. Jedynym jej ratunkiem przed całym złem świata był miecz i odwaga, którą w sobie nosiła, a którą nigdy nie czuła się bardziej napełniona. Zostawiała za sobą świat, który znała i kochała, szła, z własnej woli, ale też z powinności w nieznane, z jedną tylko nadzieją - że uda jejsię ocalić ojca i całą resztę świata przed ogromną mocą Mauviasa.
 Starała się sobie przypomnieć wszystko, czego dowiedziała się o perle Askara, o Tajemnicy Griphe, o pragnieniach Mauviasa, o drodze, którą musi pokonać, ale tylko po to, by mieć jeszcze chwilę czasu na przygotowania, bo wszelkie złe uczucia związane z tymi myślami uleciały z niej w chwili, gdy opuściła Pasmort. Być może była to jakaś forma pomocniczego daru od Milliusa.
Po kilku długich godzinach lotu jej oczom ukazała się bardzo mała wyspa kosmiczna i niewyobrażalnie długi, absurdalnie zawieszony w nicości most.
 - To tu... - szepnęła do siebie, wytężając wzrok, by zobaczyć więcej. Wiedziała już, że dotarła do właściwego miejsca i przysięgła sobie, że zwycięży. Jest silna, ma to we krwi! Nie da się, nie ustąpi, tak, jak nie ustąpił jej ojciec i brat. Będzie walczyła do ostatniej kropli krwi i żaden żądny krwi i władzy sukinsyn nie odbierze jej zwycięstwa.
 Podeszła do lądowania i zaskakująco szybko zetknęła się z lądem, jak się okazało, skalnym i popękanym. Na wyspie nie było nic, prócz ubogiej, suchej rośliny, przypominającej trawę i ludzkich kości, które pozostawili tu po sobie inni śmiałkowie. Dziewczyna sprawdziła tylko, czy ma przy sobie miecz i sakiewkę z Gladyjskimi Liliami od Vailla. Założyła skórzane ochraniacze na przedramiona i kolana, na czole zawiązała opaskę osłaniającą twarz przed opadającymi włosami, przez ramię przerzuciła niewielką torbę z butelką wody i kilkoma kawałkami chleba, które zapewne przygotowała dla niej Foris.
Stanęła na skraju mostu i odczytała napis na drewnianej tabliczce, niedbale nabazgrany ludzką krwią - Most Lęków. A więc Millius miał rację, to nie był zwykły most. Mauvias chciał ją osłabić przed dotarciem do pałacu, chciał sprawić, żeby jej ojciec wiedział, że cierpi, żeby wreszcie zaczął mówić. Ale ona się nie ugnie, nie da mu zwycięstwa.
 Zrobiła pierwszy krok, stanęła na kamiennym moście i wówczas znikąd wyrosła przed nią zwiewna postać starej, pomarszczonej wiedźmy o bujnej plątaninie szaroczarnych włosów. Octavia automatycznie chwyciła za miecz, spoglądając w zionące złem, żółte ślepia staruchy, ale ta nie przejęła się tym wcale, nawet wybuchnęła śmiechem.
 - Myślisz, że jesteś nieustraszona? - spytała kpiąco, a syk jej głosu wydawał się wiele razy głośniejszy w panującej wszędzie ciszy.  - Wielu próbowało tędy przejść, w ostatnich dwustu latach może trzeb udało się dotrzeć do połowy. - Zaśmiała się obleśnie.
 - Zejdź mi z drogi, wiedźmo - warknęła dziewczyna, postępując kilka kolejnych kroków, wciąż z wyciągniętym mieczem.
 - Nie wygrasz ze mną - wysyczała wiedźma, raz po raz zastępując jej drogę, to znów znajdując się za jej plecami.  - Spójrz tylko - widzisz te brakujące kamienie w moście? - Octavia spojrzała na most - faktycznie, tu i ówdzie brakowało kamieni. - Gdy dotrzesz do każdej  kolejnej dziury, ktoś lub coś w twoim życiu to odczuje. Będą cierpieć tak, jak ty.
 - To iluzja -syknęła Octavia, nie będąc pewną swoich słów. Kostucha zaśmiała się potwornie. Gdy Octavia przestąpiła pierwszą wyrwę w moście, znikąd obok jej stóp pojawił się Felix, niewyglądający jak widmo, ale jak żywy człowiek. Żywy człowiek cały opleciony duszącymi go i raniącymi do żywych kości cierniami.
 - FELIX! -wrzasnęła przerażona. Uklękła obok niego, modląc się w duchu, by to nie była prawda, by naprawdę tego nie czuł i próbując pomóc, ale jej ręce tylko przenikały przez jego ciało.
 - Błagam... przestań... - wydyszała postać chłopca, plując krwią. - Octavio, wycofaj... się. Nie rób... mi tego.
 - Przepraszam - powiedziała, choć wiedziała, że to tylko jedna z okrutnych sztuczek Mauviasa. Musiała iść dalej, kolejne dziury w moście były tylko gorsze. Alan kąsany przez jadowite węże, zakrwawione ostrze wbijające się w ciało jej matki, Vaill, którego trawiły żywe płomienie, a wszystkie te postacie błagały ją, by nie skazywała ich na dalsze cierpienie, by się wycofała. Przy tym wszystkim śmiech starej wiedźmy wciąż dźwięczał jej w uszach.
 - DOSYĆ! - wrzasnęła, gdy czuła, że lada moment zwariuje, oszaleje, postrada rozum. Zamachnęła się mieczem i z całej siły cięła nim przez rękę staruchy, która dosłownie zaniosła się śmiechem, za to z ręki Octavii trysnęła krew, a ona sama poczuła palący ból.
 - Próbuj dalej, ty mała dziwko! Ranisz tylko ich i siebie, NIC nie możesz mi zrobić. - Dziewczyna, jakby w amoku, nie była w stanie jej słuchać. Chciała ją po prostu zabić, unicestwić raz na zawsze. Znów chlasnęła mieczem powietrze, trafiając w twarz wiedźmy. I tym razem to na jej własnym policzku pojawiła się krwawa szrama. Zaczęła biec, choć ból trawił jej umysł i ciało. Mijała kolejne wyrwy w moście tak szybko, że potępieńcze jęki i wrzaski jej bliskich zlewały się w jeden wielki krzyk, wwiercający się głęboko w głowę. W końcu jednak usłyszała już tylko własny krzyk, odbijający się echem od kamiennego mostu. Właśnie zdała sobie sprawę, że oto stoi przed wielką, czarną bramą, która rozwarła się przed nią posłusznie. I ta brama miała ukazać jej piekło.

sobota, 26 stycznia 2013

Rozdział 34

 34. No i musiał być patos. Całe szczęście, że nie w wydaniu "ołowianym", a przynajmniej takie było moje odczucie po przeczytaniu tekstu. Szkoda mi trochę Octavii i szkoda mi trochę mnie, bo właśnie zdałam sobie sprawę, że... Tajemnica Griphe powoli się kończy. Poza tym jest też dobra informacja: FERIE! Tak, mam dwa tygodnie słodkiej wolności na pisanie ;)


Otwarła drzwi. Był sam. Siedział przy oknie, cały spięty, ale nawet nie drgnął, gdy Octavia weszła do środka. Widocznie na nią czekał, bo nie odwracając ku niej twarzy, zaczął mówić.
 - Nie zatrzymuję cię, bo uważam, że to rozsądne. Zatrzymuję cię, bo się boję. Boję się, że już tu nie wrócisz.
 - Wrócę. Obiecuję. - Podeszła i położyła mu dłonie na ramionach. Z nieznanych sobie przyczyn chciała być blisko niego. Już tęskniła, w pewnym sensie, bo pomimo swoich obietnic, nie znała przecież kolei losu.
 - Przyszłaś się pożegnać, prawda? - Dopiero teraz wstał i zrównał ich spojrzenia.
 - Tak - odparła, skinąwszy lekko głową.
 - Idę z tobą.
 - Wiesz, że tak nie można. Trudniej będzie nam przedostać się przez bariery ochronne razem. Muszę iść sama. - Gdy to mówiła, czuła, jak wypełnia ją lodowata pustka. Parodia strachu. Przytuliła się do Alana i zamknęła oczy, gdy poczuła oplatające ją silne ręce. Nie chciała nic mówić, ale mogłaby przysiąc, że poczuła na swoim policzku wilgoć kilku łez, które nie należały do niej. Było jej przykro, bo wiedziała, jak Alanowi jest ciężko z jej powodu. I tak miał już dużo kłopotów, dużo zmartwień, a teraz jeszcze to. Naprawdę nie chciała go skazywać na rozłąkę. Nie chciała również skazywać siebie.
 - Musisz wiedzieć, że jesteś najważniejszym, co mnie w życiu spotkało - mówił głosem zupełnie niepodobnym do tego, który znała. - Nie znoszę gdy się upierasz, złoszczę się, gdy wciąż się kłócimy i nienawidzę tego, że zawsze musisz postawić na swoim, ale gdyby ktoś kazał mi żyć bez ciebie - nie umiałbym.
 - Nie żegnaj się ze mną - powiedziała, spoglądając z lękiem w jego oczy.
 - Nie żegnam się - obrysował dłonią jej policzek - chcę tylko, żebyś pamiętała o tym, kiedy będziesz daleko ode mnie. Żebyś pamiętała o tym cały czas. - Po tych słowach pocałował ją mocno, tak mocno, że niemal boleśnie, ale Octavii w ogóle to nie przeszkadzało. To był najpiękniejszy pocałunek w jej życiu, najprawdziwszy, pozbawiony wszelkich kurtyn i barier. Właśnie zrozumiała, że musi tu wrócić, że musi wygrać, bo... kocha tego człowieka.
 - Octavio - w uchylonych drzwiach stał Vaill, przyglądając się im, już bez zdziwienia - Pora ruszać.
 - Już? - spytali chórem Octavia i Alan.
 - Millius twierdzi, że zwłoka nie ma sensu. Tym bardziej, że czeka cię jeszcze jedno ważne wydarzenie.
 - Chcę wiedzieć? - jęknęła, idąc w stronę drzwi, ale nie puszczając ręki Alana. Gdy przemierzali zimnne korytarze, a potem wychodzili na dziedziniec, ujrzawszy Foris z jej mieczem i plecakiem podróżnym, rzeczywistość chlasnęła ją w twarz. To dzieje się naprawdę i nie ma już odwrotu.
 - P-p-panno Octavio! - zawyła Foris, mocno przytulając się do kolan dziewczyny.
 - Będzie dobrze - odpowiedziała, gładząc zalaną łzami skrzatkę. - Niedługo wrócę.
 - Proszę - Foris podała jej miecz i plecak, a potem hałaśliwie wydmuchała nos w swoją chusteczkę.
 - Weź to - powiedział Vaill, wciskając jej w dłoń skórzaną sakiewkę. - W środku są płatki Gladyjskich Lilii. Leczą rany, mogą ci się przydać.
 - Dziękuję, mistrzu.
 - Bądź dzielna.Uważaj na siebie, Octavio. - Pocałował ją w czubek głowy, dodając tym otuchy. Król i królowa podali jej ręce, życząc powodzenia i gratulując odwagi.
 - Całą resztą zajmę się osobiście - obiecał jej król Bravius - Osłonię Griphę, Pense i Coidę przed atakami. Nie pozwolę skrzywdzić też twojej matki, możesz być pewna. Skup się na swoim zadaniu, moje dziecko. 
 - Dziękuję, wasza wysokość. Proszę przekazać mojej matce, że... że nie pożegnałam się z nią osobiście tylko dlatego, że byłoby nam trudniej. I że bardzo ją kocham. - Po tych słowach król jeszcze raz uścisnął jej dłoń, a królowa Sagesse wzruszyła się do tego stopnia, że uroniła kilka łez. Alan, nie bacząc zupełnie na spojrzenia zebranych, pocałował ją i patrzył jak odchodzi w stronę Milliusa, który podał jej rękę.
 - Pewnie jeszcze nie teleportowałaś się w ten sposób - rzekł z uśmiechem. - Na trzy. Trzy... dwa... jeden... - w tej chwili straciła z oczu niknący w półmroku dziedziniec, Alana, Vailla, królową, króla i Foris, a poczuła się tak, jakby niewidzialna, wielka ręka wciskała ją w szybki pęd zimnego powietrza. Włosy spadały jej w locie na twarz, a klinga miecza boleśnie wbijała się w jej żebra. Przez chwilę bała się, że wypuści go gdzieś w tej dziwnej przestrzeni, ale czując w pobliżu Milliusa, była całkowicie spokojna.
 - Lądujemy - ostrzegł ją chwilę przed tym, jak po prostu spadli na marmurową posadzkę. Nim zdążyła odgarnąć włosy z twarzy i rozejrzeć się, Millius znów złapał ją za rękę - Witaj w krainie Pasmort - rzekł. Idź ostrożnie, nie chcę, żebyś spadła.
 - Żebym... NA BOGA! - spojrzała w dół i sparaliżował ją strach. Do Pasmort wiodła jedynie szeroka, marmurowa ścieżka, a po obu jej stronach, także pod nią, rozpościerał się... po prostu wszechświat. Zewsząd mrugały do niej gwiazdy, księżyce i widok najróżniejszych krain Galaktyki.
 - Spokojnie, nic ci nie grozi, póki jesteś ze mną. Poza tym jesteśmy już niedaleko. - Wskazał jej jaśniejącą srebrzystym blaskiem, wysoką na dziesięć stóp bramę, która zaczęła rozwierać się przed nimi posłusznie. Przed samym wejściem do krainy umarłych Millius zatrzymał się i poważnie spojrzał na Octavię.
 - Wiem, o co chcesz zapytać. Vaill powiedział ci, że przed twoją misją czeka cię jeszcze jedna, ważna rzecz. Myślę, że zapomniałaś o tym, przez natłok informacji, ale spotkasz tu kogoś, kto bardzo chciałby się z tobą spotkać.
 - Artax - wyszeptała, łapiąc się za usta. Coś mocno ścisnęło ją za serce. Była wręcz odrętwiała, gdy przekraczali srebrzystą bramę. Blade, jaśniejące perłową poświatą postacie przyglądały jej się z uśmiechami, niektóre pozdrawiały Milliusa gestem, inne szeptały, pokazując ją sobie niedyskretnie. Ale nie mogła o tym wiedzieć, zajęta wypatrywaniem tylko jednej postaci. To głupie. Przecież nie mogła wiedzieć, jak wyglądał. Była małą dziewczynką, gdy go zabito, a jednak wstrzymała oddech na widok tej postaci. Millius puścił jej rękę i oddalił się, gdy spostrzegł, że Octavia przygląda się wysokiemu, szczupłemu młodzieńcowi o jasnych włosach i oczach łudząco podobnych do jej własnych. Rodzeństwo stało naprzeciwko siebie, wpatrzone ze zdumieniem i ogromem miłości w swoje twarze. Dziewczyna nieświadomie zaczęła płakać i drżeć na całym ciele, a Artax uśmiechnął się szeroko.
 - Octavio...
 - Braciszku... - zaczęli pędzić ku sobie, nie mając nawet pewności, czy będą mogli się przytulić. Zupełnie otępieni padli sobie w ramiona i ściskali się, co rusz spoglądając sobie w oczy i chwytając twarz w dłonie.
 - Jesteś taka śliczna... Wyglądasz prawie zupełnie jak mama.
 - A ty masz takie same oczy, jak ja - zauważyła z rozbawieniem. Policzki wciąż miała mokre od łez, ale nigdy przedtem nie czuła większej radości. - Właśnie wyruszyłam na misję, muszę uratować tatę, muszę dotrzeć na Noisang, ocalić Perłę i...
 - Wiem - rzekł spokojnie Artax. - Wiem o wszystkim. Jestem z ciebie bardzo dumny. Wierzę, że ci się uda.
 - Ale... myślisz, że mogłabym poprosić Milliusa, żeby pozwolił ci wrócić do Coidy? Wtedy znów bylibyśmy razem, ty, ja, mama i tata. Millius się zgodzi, pozwoli ci wrócić, na pewno... - Jej narastający entuzjazm musiał zostać zgaszony przez łagodny uśmiech brata.
 - Tu jest moje miejsce, Octavio. Ale kiedyś spotkamy się tu wszyscy, obiecuję ci to.
 - Artax, błagam! Przecież mógłbyś wrócić...
 - Nie. Kochanie, posłuchaj - teraz chwycił ją za ręce i patrzył na nią dokładnie tak, jak powinien patrzeć starszy brat na młodszą siostrę. - Droga do Noisang wiedzie przez Pasmort nie bez powodu. Mauvias myślał, że ludzie zatracą się w tej krainie, że osłabną. Ale mylił się. Ty jesteś tu, by odbyć pierwszą lekcję w tej podróży - nie możesz chcieć więcej, niż daje ci los. I nie możesz oglądać się za siebie. Zaszłaś tak daleko, dzięki własnej sile, dlatego polegaj na niej do końca. Nie pozwól swoim słabościom, by przejęły nad tobą władzę.
 - Ja po prostu za tobą tęsknię! - pisnęła, znów wtulając się w brata.
 - Wiem, ja za tobą też. Za wami, za mamą i tatą. Ale wiem, że nie mogę wrócić i że wszyscy będziecie tu ze mną. Jesteś silna, siostrzyczko. Ze wszystkim dasz sobie radę. Bardzo cię kocham - rzekł i westchnął głęboko. Cały czas czekał na to spotkanie, cały czas marzył, że kiedyś będzie mógł jej czegoś nauczyć i wreszcie jego marzenie się spełniło. Udzielił jej najcenniejszej lekcji, jakiej mógł. Lekcji najprawdziwszej odwagi.

sobota, 12 stycznia 2013

Rozdział 33

 33. Ostatni raz tu byłam jakoś wtedy, kiedy Noe ładował zwierzęta na Arkę. Ale powracam. Z rozdziałem w całości poświęconym Tajemnicy Griphe. Wreszcie wyjaśniłam tytuł. No, może jeszcze nie w stu procentach ;) Dzięki za cierpliwość i pozdrawiam.


Millius, tak, jak obiecał, zaczął ją przygotowywać. Ku ogólnemu oburzeniu, rzecz jasna. Octavia wszystkie swoje siły, fizyczne i psychiczne, poświęciła jego pouczeniom. Słuchała tego, co mówił, choć pierwsza "lekcja" dotyczyła tylko i wyłącznie tego, co czuła i na co była gotowa. Właśnie zdała sobie sprawę, że determinacja, odwaga i zawziętość to nie jest wszystko, co czuje. W jej głowie pojawił się również strach, wyrzuty sumienia względem mamy, niepewność... W zasadzie nie wiedziała przecież, co ją czeka ani czy w ogóle jej się uda.
Dziś miała doprowadzić rozmowę do końca. Millius czekał na nią w jednej z pałacowych sal. Na małym stoliku pomiędzy nimi leżał list od Mauviasa. Octavia usiadła naprzeciwko niego, czekając w napięciu, co powie.
 - Mówiłaś, że Feleon powiedział ci niewiele o drodze do Noisang.
 - Praktycznie nic - odrzekła zgodnie z prawdą. - Wiem tylko o jakichś strażach, reverianach czy...
 - Zaczekaj - przerwał jej anioł. - Chcę, abyś najpierw poznała cały powód swojej wyprawy.  - Nerwy w ciele dziewczyny napięły się do ostatnich granic. Czasu było niewiele, więc to prawdopodobnie jedyna szansa, by dowiedzieć się tego, czego chciała.
 - Podczas posiedzenia Rady mówiłem, że Mauviasowi chodzi o coś znacznie więcej niż śmierć twoją czy twojego ojca. On zacznie wojnę, jeśli nie dostanie tego, czego chce. A chce posiąść obiekt Tajemnicy Griphe. W liście pisał, że będzie czekał nie więcej, niż 10 dni.
 - Mów - pisnęła błagalnie. Millius, widząc, że dłużej już nie wytrzyma, zaczął wyjaśniać.
 - Meglany mieszkające na Griphe od siedmiuset siedemdziesięciu siedmiu lat skrywają tajemnicę swej mądrości. Jest to rzecz materialna, o której dziś naprawdę wiemy niewiele i nawet ja, jako istota ponadludzka mogę ci przekazać jedynie legendy. Pewnego dnia, gdy meglany zawdzięczały swą moc i wiedzę jedynie naukom i filozofii, jeden z nich, Askar, wybrał się do nadmorskiej jaskini, by tam myśleć w samotności. Był wielkim filozofem, jednym z najwybitniejszych w historii. Przez siedem dni i siedem nocy modlił się, poszukując odpowiedzi na pytanie, na które spośród wszystkich nie znalazł odpowiedzi. Pytał sam siebie, czy istnieje jakieś źródło mocy, na tyle potężne, że mogłoby być uosobieniem wszystkich wspaniałości świata i wszechświata.
 - I znalazł je?
 - Znalazł to nie jest dobre słowo. Przyszło do niego. A może zostało zesłane przez kogoś, o kim nie mamy pojęcia. Po tych siedmiu dniach i siedmiu nocach Askar zdał sobie sprawę, że takowe źródło mocy istnieje, tyle, że nie w jednym miejscu. Wiedział już, że wspaniałości świata biorą się z istnień, a jego gorycze z niebytu. Chciał, by chociaż Griphe, jego ukochana kraina, była na wieki zabezpieczona przed złem wynikającym z nieistnienia. Potrzebował jeszcze tylko jednego - symbolu. I wtedy wyłowił z morza wielką perłę, naprawdę nienaturalnych rozmiarów. Była ogromna i jaśniała niesamowitym blaskiem. Uznał to za znak mocy i wziął ją, po czym zaniósł do pałacu i bezpiecznie ukrył. Wszyscy mieszkańcy Griphe zastanawiali się długo, co zrobić, by plan Askara o ocaleniu Griphe przed złem się powiódł i wszelkie myśli oraz rozważania powiodły ich do magii.
 - Za pomocą magii chcieli uzyskać źródło? - zaytała znów Octavia, którą ta opowieść wciągnęła niczym bajka.
 - Tak. To nie było proste do wykonania, bo Askar wpadł wreszcie na pomysł, że aby perła miała swą moc, każda z żywych istot w pobliżu musi oddać część siebie. I tak doszło do tego, że po wielu miesiącach eksperymentów za pomocą magicznych zaklęć meglany mogły przenosić do perły nie tylko części roślin, żywiołów czy zwierząt, ale także samych siebie - swoje myśli, pragnienia, marzenia i lęki. Perła wchłaniała to wszystko i promieniowała nabytą energią. Promieniuje nadal. To właśnie ona jest źródłem, z którego Griphe czerpie spokój, mądrość i siłę, której apogeum osiąga w rocznicę swojego znalezienia.  To właśnie dlatego tak trudno jest wszcząć i wygrać wojnę z meglanami i to właśnie dlatego Mauvias chce dostać źródło w swoje plugawe łapska właśnie podczas święta. On chce wykorzystać tę perłę do czynienia zła. I z pewnością jest to możliwe, z czego meglany zdały sobie odpowiednio szybko sprawę. To właśnie dlatego postanowiły chronić swój skarb i uczynić wiedzę  nim Tajemnicą Griphe. - Po tych słowach zapadła cisza.
 - Gdzie jest ukryta? Jak mogę ją wykorzystać?
 - Octavio! - zganił ją samym głosem. - Masz ją CHRONIĆ, a nie wykorzystywać. Twój ojciec chronił ją przez tyle lat... Nie możesz tego zaprzepaścić. Musisz ratować ojca, musisz wyjawić Mauviasowi sekret meglanów, a nam zostaw obronę samej perły, rozumiesz? - Dziewczyna skinęła głową.
 - Przysięgam, że zrobię wszystko, by Griphe nie straciło perły. I sprowadzę ojca do domu.
 - Wspaniale! - klasnął w dłonie, a na stole znikąd pojawiła się ogromna mapa, przedstawiająca chyba całą galaktykę. - Feleon powiedział ci, że droga wiedzie przez krainę umarłych. To prawda. Przeprawię cię przez nią, ale dalej będziesz musiała iść sama.
 - Czym? Wimanem?
 - Wimanem możesz dolecieć do kilku wysp kosmicznych, tylko tyle. Do samej krainy Noisang musisz dostać się inaczej. Mniej widocznie. Jest na to sposób. 
 - Jaki? Mów, mistrzu!
 - Pewną maleńką, bezludną wyspę i Noisang łączy most. I zakładam się o wszystko, że jest to już pierwsza przeszkoda, jaką szykuje dla przybyszów Mauvias. Nie mogę ci powiedzieć, co cię tam czeka. Nikt się tam nie zapuszcza, a o tym, co strzeże samą krainę wiemy tylko od tych, którzy na niej byli i uciekli, lub zostali wypędzeni.
 - Co dalej? - pospieszała go.
 - Później natkniesz się na reverian. Musisz bardzo uważać. Ich hipnoza jest zgubna, zdajesz sobie z tego sprawę? Nie próbuj ich też ominąć, wyczują cię doskonale.
 - Wiem. Jestem w stanie się im oprzeć. Mów dalej.
 - Reveriany są strażą pierwszą. Straż druga to sześć najprawdziwszych, najgroźniejszych enigmorów. Aby przejść dalej, trzeba je pokonać. I wreszcie dotrzesz do trzeciej straży. Różnie się o niej mówi. Upiory Przeszłości, Zaklinacze Czasu, Fałszerze...  Mogę ci o nich powiedzieć tylko, że mają wielką moc i wszystko, o czym mówią, mogą spełnić, a jednak nigdy tego nie zrobią. Uważaj na nich. Nie będą używać siły, ale ból, jaki potrafią zadać słowem, czy obrazem, czymkolwiek, jest ogromny.
 - Czym są? To demony? Potwory? Jak wyglądają? - Millius uśmiechnął się ponuro.
 - Nie wiem. To zależy, jak je widzisz. Każdego boli co innego. Nie mam pojęcia, jaki kształt przybiorą przed tobą. - Octavia poczuła, jak ogarnia ją straszliwe zimno strachu. - Dalej Mauvias wpuści cię sam. Wiem, że chce cię tylko osłabić, zanim go zobaczysz. Będzie wiedział, kiedy przybędziesz, zanim zjawisz się w pałacu.
 - To wszystko? -  chciała, by jej głos brzmiał pewnie, ale ten jak na złość drżał. Nie było tak łatwo, jak się wydawało, gdy widmo tej misji było odległe i rozmazane. Teraz wiedziała już wszystko i temu "wszystkiemu" musiała stawić czoła. W pojedynkę. Serce tłukło jej się o żebra, a powietrze nerwowo przenikało płuca, jakby chciało dać jej do zrozumienia, że być może już naprawdę niewiele oddechów zostało w jej życiu.
 - Tak, Octavio. To wszystko.
 - Kiedy mogę wyruszać?
 - Nawet dziś, jeśli jesteś gotowa.
 - Dobrze - rzekła twardo. - Muszę jeszcze tylko coś załatwić  - powiedziała i, drżąc na całym ciele, udała się do komnat Alana.

czwartek, 10 stycznia 2013

Słowem wyjaśnienia

Przepraszam, przepraszam i jeszcze raz przepraszam. Za niepisanie winę mogę zwalić tylko na moje szczególne zdolności do psucia. Komputerów w szczególności. Nie mam na czym i kiedy pisać, o dodawaniu nie wspomnę, ALE opowiadanie zostanie doprowadzone do końca, jak wszystkie inne, to Wam mogę obiecać. 
Dzięki z góry za cierpliwość. I mam nadzieję, że nie chcecie mnie rzucić enigmorom na pożarcie ;)
Pozdrawiam, mały wandal.

wtorek, 25 grudnia 2012

Rozdział 32

32. To, że coś napisałam, to prawdziwy cud. Myślałam, że już nigdy nie naskrobię tu rozdziału ;) Ale udało się i całkiem jestem zadowolona z tego tekstu, być może to dlatego, że wreszcie udało mi się tu napisać coś konkretnego, bez zbędnych niedomówień, za to z lekką nutką mojego ukochanego patosu, ciężkiego, jak ołów ;)


W Akademii zapanowało piekło. Millius jeszcze tego samego dnia, w której Octavia otworzyła swój list,  wydał oficjalne oświadczenie, że na jego własną odpowiedzialność przekaże jej wszystkie informacje dotyczące Tajemnicy Griphe. Reakcje na to obwieszczenie były skrajnie różne - z niejednych rąk zabrzmiały brawa, z innych okrzyki strachu, a jeszcze inni głośno protestowali. Przez kilkanaście godzin sytuacja stała się nie do zniesienia. Wybuchały zamieszki, kłótnie, obelżywe określenia nawet względem samego anioła, burzliwe dyskusje i wszystko, co zakłócało spokój. Octavia zaś zwijała się w sobie ze strachu. Ocalić istnienie i nieistnienie, ocalić życie ojca... i być tak młodą dziewczyną, niedoświadczoną, nienauczoną życia. Teraz myślała jednak tylko o jednym - o tym, że musi działać i wreszcie ma poważne poparcie.
 Nie mogło jednak pójść tak łatwo. Król Bravius natychmiast zwołał Radę Nadzwyczajną złożoną z przedstawicieli wszystkich gatunków ze wszystkich Krain.  Nie zabrakło też dwóch szczególnych osób - Unilii i Angusa, dziadków Octavii.
 - Cisza! - zażądał król, gdy blisko trzydzieści osób zasiadło do długiego, dębowego  stołu. W sali obrad natychmiast zaległa niczym niezmącona cisza. - Zebraliśmy się tu, by omówić sprawę śmiertelnie ważną. Najwyższy Mistrz Zakonu Feupeliadów przysłał pannie Octavii Conely wiadomość, w której zażądał jej przybycia do krainy Noisnag w celu wydobycia z jej ojca informacji dotyczących Tajemnicy Griphe. Panna Conely ma na dotarcie do Mauviasa od dziś zaledwie dziewięć dni. Anioł Millius osobiście ręczy za tę wyprawę - dodał, po czym z bardzo zatroskaną miną zajął miejsce u szczytu stołu.
 - To nonsen! - odezwał się od razu Vaill. - Nie wypuszczę stąd niewykwalifikowanego wojownika, w dodatku jednego! JEDNEGO na cały szwadron sługusów Mauviasa!
 - Popieram - dodał krótko Alan, za co Octavia nie mogła go winić choćby dlatego, że wiedziała, jak bardzo się o nią boi. 
 - Możemy próbować użyć podstępu - zaczął Angus.  - Octavia nie musi się tam wybierać sama, ale trzeba sprawiać, by Mauvias tego nie wiedział.
 - To się nie uda - rzekł poważnie Audar. - Zabezpieczenia skupione wokół Noisang i samego pałacu są zbyt silne, by Mauvias nie zorientował się, że przybyła więcej niż jedna osoba.
 - Wszystko da się zrobić - przekonywał Millius.  - Służę radą.
 - Jak chcesz ją do tego przygotować, mistrzu? - spytał przez zaciśnięte zęby Alan, nie patrząc na anioła. - Poproszę o konkrety, jeśli łaska.
 - Chcę jej wyjawić wszelkie sekrety zarówno dotyczące Griphe jak i samych zabezpieczeń wokół Noisang. Pomogę jej też przeprawić się przez Pasmort, przez które przyjdzie jej przebyć drogę i zostanę z nią tak długo, jak będę mógł.
 - To przecież nie wystarczy!
 - Mówisz tak, bo nie pokładasz w tej dziewczynie nadziei. 
 - Nadzieję mogę pokładać w pogodzie, ale nie w życiu człowieka! - krzyknął Feyrevey uderzając w blat stołu. - To, że Octavia zginie podczas tej wyprawy jest tak samo pewne, jak to, że po nocy następuje dzień!
 - Dajmy jej szansę - nalegała Unilia. - Już nieraz udowodniła, jak wiele ma w sobie siły i męstwa.
  - Mówi tak pani, bo chodzi tu o pani syna - warknął Vaill, również odwracając wzrok.
 - I pańskiego przyjaciela - wypomniała mu  z wyrzutem.
 - Dlatego tym trudniej jest mi w tej sprawie zabierać głos, proszę mi wierzyć. Ale Octavia jest moją uczennicą. Znam ją i jej zdolności, wierzę w nią całym sercem, a jednak wiem, że Titres nigdy nie pozwoliłby tak narażać się własnej córce. Nie chciałby tego.
 - I nie chciałby być w niewoli. - Tym razem to sama zainteresowana zabrała głos. - Jestem to tacie winna. W Akademii znalazłam się z jakiegoś powodu, z jakiegoś powodu dotarłam tak daleko, przeżyłam coś, czego teoretycznie nie powinnam przeżyć i wreszcie mam przed sobą jasny cel! Nie wierzę, że to wszystko przypadek, mistrzu Vaill. - Tu spojrzała na Milliusa, jakby spodziewała się, że i on przemówi.
 - Octavia ma rację - poparł ją spokojnym, łagodnym głosem anioł. - Moi drodzy... Wszyscy doskonale wiecie, że Mauviasowi nie chodzi ani o śmierć Titresa, ani jego córki. Tu chodzi o coś znacznie większego. O Tajemnicę Griphe. On bardzo chce wiedzieć o niej wszystko, ale do tego potrzebny mu jest Titres, który nie rozwiąże języka, dopóki nie zagrozi mu się śmiercią córki. Dlatego proszę was wszystkich zebranych, abyście pomyśleli racjonalnie - zamilkł, rozglądając się po wszystkich twarzach.  - Przecież musicie zdawać sobie sprawę, że taki stan rzeczy nie będzie trwał wiecznie. Mauvuas dowie się wszystkiego w ten, czy inny sposób prędzej czy później, ale wtedy bez wątpienia czeka nas krwawa, okrutna wojna. Można temu zaradzić, ale tylko teraz i tylko w ten sposób. Musimy zebrać w sobie siły i pozwolić Octavii walczyć.
 - Proszę - szepnęła błagalnie dziewczyna, ale w sali było tak cicho, że wszyscy słyszeli ją doskonale. - Nie skazujcie na cierpienie sami siebie, a mojego ojca na wieczne męki. Spędził w niewoli tyle lat... Muszę go uratować. To mój OJCIEC. Kto z was chciałby wiedzieć o cierpieniu tak bliskiej sobie osoby?
 - Octavio, to wszystko wspaniale brzmi, ale... - zaczął Vaill, jednak teraz nie zwróciła na to uwagi.
 - Pozwólcie mi zobaczyć twarz człowieka, który dał mi życie. Może mi się nie udać, wiem o tym. Ale spróbuję. Podejmę wyzwanie i być może doprowadzę tę sprawę do końca. Jeśli jest tak, jak mówi anioł Millius, to dobrze wiecie, że wstrzymując mnie tylko tracicie na czasie. Musimy coś zrobić, ale za dziewięć dni będzie już za późno dla jednego istnienia. Błagam! - Po jej słowach atmosfera zgęstniała tak bardzo, że była niemal namacalna. Nikt nie śmiał nawet odetchnąć głośniej. Wszystko wskazywało na to, że czas podjąć decyzję.
 - Kto głosuje za  tym, by panny Conely nie dopuścić do tej misji, proszę o podniesienie rąk - powiedział król i sporo dłoni wystrzeliło w górę. - Kto głosuje za zezwoleniem pannie Conely na podjęcie misji, proszę o podniesienie rąk - i tym razem podniosły się ręce.  - Kto wstrzymał się od głosu, proszę podnieść ręce - nikt się nie poruszył.
Serce Octavii biło mocno. Zdawało jej się, że równo połowa Rady głosowała za i równo połowa przeciw. Szybko przeniosła wzrok na króla.
 - Czternaście głosów przeciw i szesnaście za. Przegłosowane. Panna Conely otrzymuje prawomocną królewską zgodę na podjęcie się misji! - Zabrzmiał gong na który Octavia zakryła sobie twarz dłonią, a Alan poczuł, jak jego serce staje. Po jeszcze kilku minutach protestów i burzliwych obrad wszyscy zaczęli opuszczać salę, a on, nie dbając już o pozory podszedł do dziewczyny i zaraz chwycił ją w ramiona.
 - Ty cholerna wariatko! - jego głos chyba po raz pierwszy drżał ze strachu. Trzymał ją mocno i czuł się tak, jakby lada chwila miał stracić Octavię bezpowrotnie. - Dlaczego?
 - Robię to, co muszę - powiedziała cicho i również porzucając wszelkie zasady etykiety, pozwoliła mu mocno wpić się w swoje usta. Pocałunek był desperacki, silny, wręcz błagalny. "Nie rób tego!" krzyczały wszystkie jego zmysły i cały trzeźwy umysł. Ale wewnątrz już wiedział, że jej nie powstrzyma. Octavia to zrobi.